Endru Atros

„Separatystki” w nocnej knajpie

 

...Biorąc pod uwagę to co dzieje się teraz na Ukrainie zastanawiam się jak będzie wyglądała współpraca ukraińskich i rosyjskich marynarzy zatrudnionych na jednym statku. Dotychczas nie było z tym większego problemu. Prawie każdy z tych z którymi się spotkałem miał jakieś powiązania jak nie z jednym to z drugim krajem. Niejeden z nich miał żonę Ukrainkę sam będąc Rosjaninem. Mieszkali trochę w Rosji trochę na Ukrainie dopóki nie dorobili się mieszkania w Odessie. Inny znowu służył w rosyjskiej armii, aby później znaleźć się z całą jednostką w granicach Ukrainy.  Wyszedł z wojska skończył szkołę morską i znalazł pracę za granicą.

- Kim jesteś? – pytam się go któregoś razu.

Sam nie wiem, ale mi "все равно” gdzie mieszkam i jaki mam paszport, byle bym mógł pracować  za granicą.

I właśnie tak wygląda państwowość wielu z tych którzy mieszkają na Ukrainie.

Naszymi kolegami na statku byli też Łotysze, Estończycy,  ale problem dotyczył w szczególności Białorusinów, którzy ukończywszy w Rosji szkoły morskie nad wyraz wychwalali Łukaszenkę i to tak gorliwie, że krew zalewała moją lewą stronę czaszki – prawą miałem zajętą obserwacją morza. Z drugiej strony to ich rozumiem, bo sam kiedyś przeżywałem coś podobnego.

Jak tu się nie dziwić matrosowi, który mieszka na Białorusi pracuje na statkach zagranicznych armatorów, ma piękny duży dom z basenem i licho wie co tam jeszcze skrywają wysokie mury jego posesji. Wychwala więc system w którym może to wszystko mieć. Zarabia miesięcznie za granicą kilka tysięcy dolarów, gdy w jego kraju przeciętne wynagrodzenie to 150 dolarów.

Sam bym chciał zarabiać z tak wielokrotnym przebiciem ponad średnią krajową.

Tak więc hołubi Łukaszenkę, nie mówi jednak o tym, że to nie Białoruś dała mu wykształcenie i możliwość wyjazdu do pracy za granicę. To nie na Białorusi ani za sprawą Białoruskiej firmy zarabia takie krocie.

A jak jest na Ukrainie i w Rosji? Tak samo, może tylko te przebicia są mniejsze.

A jak u nas w Polsce?

W Polsce jest tak jak w Afryce – biali murzyni do roboty i to tylko wtedy, gdy prężna polska firma z jej łebskimi prezesami, dyrektorami znajdzie furtkę i będzie mogła zatrudniać polskich marynarzy na statkach obcych bander. Nie myślcie tylko, że to wyczerpuje możliwości marynarzy w poszukiwaniu pracy na statkach obcych bander. Rynek jest wolny i dostępny dla każdego. Każdy możne sobie sam znaleźć pracę tam, gdzie chce w zależności od tego jakimi kwalifikacjami może pochwalić się przed swoim przyszłym pracodawcą.

A wiec do nauki młodzi adepci morskiego fachu.

Wracając jednak do sedna moich przemyśleń wspominam nie tak dawną wizytę w ukraińskim  portowym mieście nad Morzem Czarnym. Samo miasto do morza ma kilkaset kilometrów co jednak  nie przeszkadza – w przeciwieństwie do polskich miast – być morskim miastem z wielkimi tradycjami i aspiracjami do osiągnięcia rozwoju i sukcesu na bazie dostępu do morza.

Jak na co dzień wyglądała współpraca tych narodowości. Według mnie normalnie, to tylko politycy ze swoimi chorymi ambicjami potrafią doprowadzić do tego co dzisiaj się dzieje za naszą wschodnią granicą.

Myśmy na statku nie mieli granic ani tych państwowych ani tych narodowościowych najwyżej ambicjonalne zmagania kto pochwali się ciekawszą historią o swoich przygodach czy portowych balangach do białego rana. Jednak nie zawsze te historie są w pełni zgodne z rzeczywistością – nikt jednak z nas nie docieka sedna jak było naprawdę i ile fantazji jest w tych opowieściach.

Te ostatnie były najłatwiejsze do opowiedzenia. W takich miejscach zawsze coś ciekawego się działo szczególnie, gdy nie musiało się zbyt szybko wracać na statek chyba, że nad ranem.

- Kiedy doskwiera Tobie samotność i jesteś zmęczony oglądaniem tych samych gęb przez ostatnie dwa miesiące to obowiązkowo musisz się zrelaksować i zrobić wypad na miasto.

Tak zaczął swoje zwierzenia Jura mój rosyjski kolega z Murmańska. Wtórował mu nasz polski motorek - Krzysiek ze Szczecina. Siedzieliśmy sobie przy małym piwku w przyportowym barze.

- Staliśmy wtedy w małym porcie w Nikolaev na Ukrainie – opowiada Krzysztof -  gdzie teraz dochodzą do głosu rosyjscy separatyści.

Wtedy było spokojnie i bardzo sympatycznie tak więc, kiedy po wyjściu za portową bramę  zaczepiło nas dwóch prywatnych taksiarzy - samochody rozklekotane a oni bez licencji – wieczór zapowiadał się ciekawie.

Szybka informacja ile kosztuje kurs do Centrum. Po trzy dolary na głowę to cena paru piw więc bez targów wsiadamy i po piętnastu minutach jesteśmy już obok deptaka ciągnącego się przez całe miasto.

Ten pieszy ciąg bez samochodów przypomina mi sopocki Mocniak, tylko jest od niego trzy razy dłuższy – myślę sobie stojąc frontem do szerokiej alei ciągnącej się daleko w dół miasta.

Knajpa obok knajpy i mnóstwo pięknych dziewczyn spacerujących bez męskiego towarzystwa.

- Późna pora – mówi do mnie Jura, widząc jak rozglądam się dookoła - więc mamusiek z dziećmi już nie zobaczysz.

- To i dobrze a te tutaj wolne panienki to kto?

- A skąd ja mogę wiedzieć. Byłem tutaj sporo lat temu w armii a od tego czasu wiele się zmieniło – zapewnia mnie.

Zaskoczył mnie tą armią, wprawdzie ZSRR już dawno nie ma a on do tej pory ani beknął o tym, że odpukał tutaj swoją daninę dla kraju. Szliśmy i oglądaliśmy się za jakąś dobrą restauracją, żeby posilić nasze wygłodniałe żołądki dobrą kolacją. Nasz ukraiński Cook dał plamę i zalawszy się w trupa nic nam nie ugotował. Ale nie mamy do niego pretensji niech odstresuje ten ostatni miesiąc jaki przepracował bez dnia odpoczynku. Wcześniej zaliczyliśmy rejs z Afryki na Florydę i z powrotem do Europy. Biedak nie mógł w Miami wyjść na ląd, bo nie miał amerykańskiej wizy więc zestresował się bardzo, kiedy patrzył jak jego rosyjskojęzyczni koledzy targali z miasta laptopy za pół ceny.

Papierosy w Stanach kupiliśmy po okazyjnej cenie i opchnąwszy je po drodze z niewiarygodnym nawet dla nas zyskiem mieliśmy teraz nadprogramową kasę na szaleństwa w tym portowym mieście. I co z tego, że to portowe miasto ma do morza spory kawałek i trzeba płynąć w górę rzeki, żeby wylądować w porcie. I tak jest jednym z ważniejszych portów Ukrainy.

- Rebiata – woła do nas długonoga hostessa stojąca obok wejścia do nocnego Pubu. Czerwone reklama z neonem panienki wyginającej się na rurze wabi przechodniów zapraszając ich do środka.

- Macie ochotę na dobrą muzykę i damskie towarzystwo? - pyta się.

- Kto by nie miał - odpowiada Jura.

Hostessa podchodzi bliżej i zwraca się do mnie. Jeden rzut oka wystarczył jej do odróżnienia  Rosjanina od „inostrańca”. Rosjanin to w ich pojęciu żaden obcokrajowiec więc jeżeli nie podjechał pod knajpę wielkim drogim samochodem – pomimo zakazu jazdy samochodów po tym deptaku – to z niego żaden materiał na pozyskanie kilkuset dolców dla właściciela tego przybytku zabawy i dobrego żarcia.

A co Ona ma z tego? 

Niewielki procent za zwabienia nas w do środka. A może spodoba się klientowi i uda jej się zarobić na czesne na następne kilka miesięcy.

Nie podoba mi się jednak jej nachalność, ale wchodzę w drzwi tego przybytku dobrej zabawy ciągnięty przez Jurę, który zobaczył w drzwiach jakiegoś swojego znajomka.

Wchodząc do środka z trzymaną w ręku reklamową ulotką Jury dokonuje szybkiej prezentacji i już jestem zaakceptowany przez dosyć liczną paczkę znajomych jego znajomego.

Nie ma w tej ukraińskiej mentalności sztywnych reguł i braku akceptowalności kogoś kogo się  dopiero co poznało.

Dużymi szerokimi schodami schodzimy na salę zabaw i wyśmienitego żarcia reklamowanego przy pomocy barwnych fotografii wiszących na mijanych ścianach. Kuchnia regionalna bardzo mi odpowiada. Pokazuję koledze jakieś bijące wyśmienitymi potrawami danie mówiąc

- Wiesz co dzisiaj spróbuje tego. Jadłeś już to?

Ale Jura ma gdzieś jedzenie, jemu w głowie trunki i dziewczyny. Macha ręką i odchodzi.

Idąca obok dziewczyna słysząc moje pytanie i jego odpowiedź zwraca się do mnie.

- Mogę Tobie polecić i inne wyborne dania.

Siebie też – przelatuje mi przez głowę.

- Będzie mi niezmiernie miło jak mi dotrzymasz towarzystwa. Jak widzisz jestem sam i zagubiony w tym wielkim mieście. Mój uśmiech zaprzecza moim słowom, ale każdy z nas wie, że nie o to chodzi.

Siadając do ogromnej salonki wisiała już na mnie piękna nieznajoma co na początek ma chrapkę na dobrą kolację. Czy ze śniadaniem? - to dopiero się okaże.

Wykorzystując hałas przybliża się do mnie obejmuje ramieniem wołając mi do ucha.

- Jestem Tatiana a jak Ty masz na imię? W tym zgiełku, lekkim zamieszaniu i wąskim przejściu nie dosłyszała jak Jura przedstawiał mnie.

- Krzysztof – wołam, ale mów po rosyjsku Kola – proszę ją.

- Myślałam, że nie umiesz rosyjskiego.

- Lepiej niż ukraiński - zaczynam rozmowę.

Bije od niej podniecający mnie zapach delikatnych perfum i negliż  kobiecego ciała.

Jej długie blond włosy i słowiańska uroda sprawia, że z każdym kieliszkiem białej rosyjskiej wódki zaczyna mi się bardziej podobać. Ale najważniejszy jest ten jej uśmiech, który nawet na moment nie schodzi z jej twarzy.

- Dlaczego przyszłaś sama? – pytam się chociaż tak na prawdę to guzik mnie to obchodzi.

- Potrzebuję wsparcia - wali mi prosto z mostu.

- Jakiego wsparcia – udaję, że nie rozumiem.

- Chodź potańczymy. Łapie mnie za rękę i ciągnie na parkiet unikając na tym etapie znajomości konkretnej odpowiedzi.

Zawsze chodzę na takie zbiorowe wygibasy chociaż wolę tradycyjny taniec sam na sam z swoją partnerką. Tutaj nie pozwala jednak na to muzyka, która sprzyja takim zbiorowym wyczynom. Każdy z każdym to tak jak nikt z nikim. Niewiele potrzeba jednak tej ekskluzywnej klienteli do dobrej zabawy. Zabawy, która dopiero się rozkręca.

Tatiana co chwila łapie mnie za ręce i próbuje zacisnąć więzy pomiędzy nami. Nie mam nic przeciwko temu, chociaż gdzieś w zakamarku mojej świadomości rozlega się ostrzegawczy sygnał.

To, że Tobie się Ona się podoba nie oznacza, że jest i na odwrót. Dziewczyna ma swój cel w tym co teraz robi.

Jaki ma Tatiana, tego jeszcze nie wiem. Jest tu tyle pięknych dziewcząt, kobiet tych młodych i tych dojrzałych więc nie wiem sam jak ten wieczór się skończy.

Orkiestra przestała grać, a my skoncentrowaliśmy się na jedzeniu i rozmowie.

Specjalnie zagajam temat rzucając w kierunku czterech dziewczyn temat marzeń. Tych spełnionych i tych niezrealizowanych.

I zaczął się festiwal życzeń.

Każda z nich chce się wyrwać i wyjechać z kraju, ale nie w kierunku Rosji a Europy. Tam widzi swoje miejsce do pracy i życia. Jest to jednak piekielnie trudne dla nich więc szukają każdej szansy nawet tej w tym lokalu, gdzie przychodzi dużo cudzoziemców. Tak było za czasów komuny i dzisiaj w tej kwestii nadal nic się nie zmieniło. Tutaj to tylko korupcja i życie bez szans na lepsze jutro. Nie tak jak u Was w Europie – wzdycha ciężko na samą myśl o swoim losie. Każda z nas próbowała zostać modelką, tłumaczką czy zatrudnić się w jakiejś z nielicznych tutaj firm zagranicznych. Nic z tego – tak to tutaj nie działa, można tylko liczyć na łut szczęścia na to, że jakiś przejezdny zagraniczniak zakocha się w którejś z nas i zabierze do krainy dobrobytu i stabilizacji, ale to jak wygrać los na loterii. Nie w tym kraju nie w tym mieście i nie z tymi facetami – kończą swój krótki wykład z socjologi.

One o tym wiedzą, ale i tak przychodzą tutaj tak samo jak u nas w Szczecinie, gdzie dziewczyny robią to samo i z tych samych pobudek. Nie wszystkie, ale całkiem spory odłam chce coś osiągnąć handlując swoim ciałem.

Mnie tam było wszystko jedno. Chciałem muzyki, dobrego żarcia a jak się uda to i damskiego towarzystwa więc nie narzekam, ale nie robię Tatianie złudzeń.

- Chcę miło spędzić czas nic więcej – mówię do niej kiedy zaczyna dobierać się do mojej szyi.

Kątem oka dostrzegam znajomą dziewczynę z którą razem pracuję przy wyładunku naszego statku. Wiedziała, że możemy tutaj trafić więc pewnie przyszła z nadzieją, że może któryś ze znajomych marynarzy zechce z nią spędzić trochę czasu. Samej jej pewnie nie stać na tak drogi lokal więc siedzi przy barze i popija jakiegoś drinka. Zostawiam Tatianę i pod byle pretekstem sunę  w stronę baru. Zapraszała mnie w niedzielę na wspólne zwiedzanie miasta a niedziela pojutrze a właściwie jutro, bo już po północy. Niestety nie jest sama tylko z dwoma koleżankami. Widząc, że trochę się krepuje mnie a właściwie tego, że jest w lokalu, który słynie z łatwych i szybkich dziewczyn mówię do niej.

- Jak dobrze ciebie tutaj widzieć.

Pogadaliśmy trochę o drinkach zamawiam dla niej co mocniejszego i kiedy pijemy toast za spotkanie wyjeżdża mi z grubej rury.

- Wiesz Kola, możesz iść ze mną do mnie do domu. Nie jestem taka droga jak te tam z którymi siedzisz przy stoliku.

Zbaraniałem.

- A skąd wiesz jak One są drogie?

- Wszyscy wiedza ile biorą – poda rzeczowa argumentacja poparta ruchem ręki w stronę naszego stolika.

- Ja nie wiem – odpowiadam. To nie są moje znajome.

- A ty na ile się cenisz? – pytam się z nutka złości w głosie. Zawiodłem się na niej. Pracując razem przez kilka dni nie przypuszczałem, że zalicza się do tej kategorii dziewcząt. Szybko zdałem sobie sprawę, że nie mogę jej oceniać przez pryzmat naszego kraju i poglądów jakie panują u nas. Inna mentalność inne zapotrzebowania. Od dawna wiem, że wszędzie na świecie, gdzie chleb drogi to d... tania i tutaj jest tak samo.

- Sam będziesz wiedział – odpowiada mi z miłym zachęcającym uśmiechem.

- Nie szukam dziewczyny na noc. Właściwie to nie szukam żadnych dziewczyn, bez względu na to ile biorą.

Zmieszała się i jak mi się wydawało trochę zawstydziła. Może początkująca – pomyślałem.

- Krzysztof – dla powagi sytuacji zwróciła się do mnie wymawiając po polsku moje imię - nie gniewaj się myślałam, że tego szukasz – mówi do mnie – muszę już iść. Do zobaczenia jutro i w wielkim pośpiechu odchodzi od baru.

Wróciłem do Tatiany, ale wieczór miałem już z głowy.

Czy wszystkie dziewczyny myślą, że jak facet jest marynarzem to zaraz musi korzystać z usług prostytutek? Ale wiedziałem, iż jest to uzasadnione myślenie przynajmniej w przypadku Jury.

- Mamy prywatną chatę na dalszą zabawę – krzyczy do mnie Jura pochylając się przez cały stół.

- Tak a gdzie? – udaje zainteresowanie.

- U nas – Tatiana z swoją koleżanką obściskującą Jurę wskazuje palcem na swój biust. W domu – dodaje po sekundzie.

Korzystając z chwili, że zabrakło na stole alkoholu udają się na parkiet.

Kelnerka szybko uzupełniła nasze alkoholowe braki więc biorąc do ręki butelkę zwracam się Jury

- No dobra a skąd wiesz, gdzie co i za ile? - mówię nalewając do jego sztakna potężną dawkę whisky.

- To proste od znajomego – pojedziesz ze mną to zobaczysz.

- Ale gdzie? -  wiesz dobrze, że w takich miejscach możesz dostać po gębie nie zobaczywszy dupy żadnej domowej towarzyszki marynarskich uciech.

Nie zrażony opowiada.

- Tam, gdzie pojedziemy kochają zielone papierki i gwarantują dobrą zabawę. Mój znajomy z armii, który tam mieszka zapewniał mnie, że nic się nam nie stanie.

- Wiesz dobrze, że mnie takie dziewczyny nie kręcą – więc po co mam z tobą jechać.

- Tylko dla towarzystwa, nie widzisz jak Tatiana piszczy za tobą.

- Widzę tylko jak naciąga mnie na drinki.

- A co ma jedno z drugim. Przecież wiesz, że ona wie, że te ceny to żaden uszczerbek dla twojej kieszeni. W zamian masz  towarzystwo młodej ładnej laski.  Korzystaj z tego, bo jak pójdziemy na Afrykę to tylko będziesz mógł pomarzyć o dobrej zabawie.

I tutaj ma rację. Nie chodzi o forsę a pozbycie się stresu i naładowania akumulatorów przed następnym skokiem na szerokie wody oceanu.

Jura przysiada się bliżej do mnie i z przejęciem tłumaczy mi.

- Zaproponowały mi dalszą zabawę u siebie w domu. Trzeba tylko kupić flaszki i coś na zagrychę.

- Nie idę z tobą – odpowiadam.

Spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem.

- Nie podoba się tobie Tatiana?

- Nie o to chodzi.

- A o co? Są za młode dla ciebie.

- Jura przestań, to zbyt niebezpieczne. Miałem lepszą okazję, ale zrezygnowałem.

Z tej liczmenki co z nią siedziałeś w Barze? Ona jest jeszcze młodsza od Tatiany.

Nic nie kumał a ja nie miałem zamiaru mu się tłumaczyć i tak by nie zrozumiał. Więc na odczepnego zapewniam go.

- Dobra zastanowię się.

Zbratani tańcem, alkoholem i dobrym jedzeniem, wyluzowani opuszczamy lokal i idziemy pieszo do miejsca, gdzie taksówki czekają na takich jak my. Tatiana wisi na mnie i cicho szeptając do mnie zachwala swoje usługi.

- Kola jestem dobra, zobaczysz.

- Domyślam się – odpowiadam. Nie jestem z drewna i zaczyna mnie pomału przekonywać do odwiedzin w swoim domowym gniazdku.

Pakujemy się w dwie taksówki po drodze Tatiana każe kierowcy stanąć obok nocnego sklepu.

- Daj trochę kasy, nie mam nic w lodówce na śniadanie – zwraca się do mnie.

Ta ich bezpośredniość jest z jednej strony zadziwiająca w swojej szczerości. Jestem jednak dobrej myśli wciskając jej pięćdziesiąt zielonych. Kup coś na kaca - proszę.

Po co? Tutaj od samego rana możesz kupić wszędzie kwas. Nie ma nic lepszego - zapewnia mnie.

Wierzę, że wie o czym mówi i ma w tej materii niemałe doświadczenie.

To jednak nie Tatiana wyszła z taksówki, ale kierowca, który szybko i sprawnie zrobił zakupy, wrzucił do bagażnika i wrócił prawie w to samo miejsce w którym wsiedliśmy do tego samochodu. Mogliśmy spokojnie pójść pieszo do jej mieszkania, ale przecież trzeba było odwiedzić sklep i nabić kabzę taksiarzowi.

- Tutaj mieszkam – chodź – prosi mnie widząc, że nie mam zamiaru wyjść z nią.

Zastanawiałem się, ale tak naprawdę to nie miałem jeszcze ochoty wracać na statek.

- Gdzie Jura?

- Są już w domu – mówi do mnie trzymając mnie za rękę.

Dałem się przekonać i po chwili znajduję się w starym, ale zadbanym domu. Duże przestrzenie wysokie pułapy i bogato zdobione wnętrze uświadamia mi, że nie jest to komunistyczny budynek tylko odrestaurowana kamienica pamiętająca czasy arystokracji, która kiedyś tutaj mieszkała.

Nie zawiodłem się również na wystroju wnętrza do którego wpuściła mnie Tatiana. Może tylko na tym, że oprócz nas nikogo tutaj nie było.

- Gdzie Jura? – pytam się jeszcze raz.

- Chyba nie chcesz mu przeszkadzać jest piętro wyżej - mówi. Jak chcesz to możemy tam iść

Nie chciałem.

Nie chciało mi się również opowiadać kolegom, gdzie byłem i co robiłem, kiedy wróciłem ( punktualnie) na swoją wachtę.

- Jak widzicie – mówi Krzysztof kończąc swój monolog – młodzi ludzie nie chcą starych porządków i skorumpowanej władzy i bez znaczenia jest, gdzie mieszkają na Ukrainie w Rosji czy w Polsce.

 

Endru Atros

 

 

 

 

Afrykańska czy mazurska wieś?...

Wielki kontynent, istny tygiel ludzkich zachowań dla takiego zawodowego turysty jakim jestem czasami stanowi materiał do przemyśleń nad miejscem swojego urodzenia. Życie człowieka w dużej mierze zależy od tego, gdzie przyszedł na świat i jest jednym z nielicznych rzeczy na które nie ma żadnego wpływu.

W swojej pracy też nigdy nie wiem w którym zakątku świata się znajdę. Tym razem fale oceanu przywiodły mnie do kraju na wskroś nieprzewidywalnego do wielkiego miasta Nigerii Lagosu. Ten dziesięciomilionowy moloch czarnego lądu ma w sobie coś czego brakuje innym miastom Afryki. Jest w nim wszystko to co w innych miastach też występuje, ale tylko tutaj wszystkie afrykańskie bolączki scedowane są w jednym miejscu.

W Lagosie możemy zobaczyć wielopasmowe autostrady przerzucane ponad kanałami rzeki Niger jak i czerwone bezdroża z jego sypkim piaskiem i brakiem jakiegokolwiek krzaczka w pobliżu. Wielkie centra handlowe z europejskim blichtrem i nędzne budki sklecone z starych blach i beczek po paliwie udające stragany, gdzie wszystko można nabyć - syfa też, kiedy chodzi się pomiędzy nimi w pomyjach wylewanych wprost przed siebie a konkretnie to pod nogi ludzi zainteresowanych tym co tutaj można taniego kupić albo coś szybko ukraść.

Idąc ścieżką wydeptaną obok drogi prowadzącej na lotnisko mijam szereg różnego rodzaju straganów, budek czy skleconych z blachy jadłodajni oraz wyszynków serwujących tanią jak barszcz nigeryjską wódkę pod różnymi światowymi nazwami. W środki jest zawsze to samo, jakiś lokalny bimber z podrobionymi nalepkami znanych marek. Kiedyś dałem się namówić na wyszynk w takim lokalu, aby towarzyszący mi dwaj „opiekunowie” mogli pochwalić się przed miejscowymi panienkami okopującymi barowe stoliki, jakiego to klienta im przyprowadzili. Dziewczyny szybko i uprzejmie zaserwowały nam po szklance Johny Walkera, a żeby było ciekawiej to wyciągnęły butelkę, gdzieś z zaplecza. Whisky koloru hebanowego drewna kontrastowało  z ich kolorem skóry. Nie wszystkie były całkiem czarne. Niektóre z nich o pięknym kolorze czekolady i spokojnych stonowanych rysach twarzy uśmiechały się do mnie przyjaźnie. Stawiały szklanki na naszym stoliku wycierając go ścierką o podejrzanym zapachu nie mówiąc już o jej kolorze.     

Najchętniej to piłbym z gwinta, ale mając doświadczenie w tej materii zamówiłem wodę w plastikowej butelce i dyskretnie opłukałem swoją szklankę. Wolę najeść się wstydu, niż nabawić się  rozstroju żołądka. O innych przypadłościach wolałem nie myśleć. Zmywarki na pewno nie mieli wody bieżącej zresztą też nie było. Ale, że to był bar z aspiracjami wynikało z odgłosu jaki było słychać zza ściany. Terkot silnika agregatu umożliwiającego schłodzenie napojów i oglądanie na ekranie tv  zawodzenia afrykańskiego muzyka otoczonego wianuszkiem powabnych klip-owych artystek podkreśla wyjątkowość tego lokalu.

Powoli i w małej dawce łyknąłem zaserwowany trunek trzymając w drugiej ręce , tak na wszelki wypadek butelkę z wodą.

Smak niby whisky, ale posmak po wypiciu już całkiem inny, bardziej swojski przypominający mi mój lokalny wiejski bimber, którym podchmielony sołtys częstował gości na lokalnej wiejskiej zabawie.

Nie mogę powiedzieć, że swoim wejściem sprawiłem jakieś lokalne zdziwienie klientów tego przydrożnego baru. Owszem widziałem rzucane ukradkiem spojrzenia, ale nikt nie podchodził do mnie z wianuszkiem światowych marek  zegarków po kilkanaście dolców za sztukę. Usiadłem nie chcąc urazić swoich tymczasowych przewodników, którzy na moim statku pełnili funkcje odstraszaczy dla miejscowych zwolenników chętnych na szybki i łatwy zarobek. Potrafili być skuteczni chociaż żadnej broni nie mieli, bo przecież ich proce na kamienie nie można było nazwać bronią.

Oprócz miejsca, języka i kultury nie różnili się niczym od tych klientów w europejskich barach. Te same zachowania i taki sam przykład próby dorównania wizjom, którymi karmi ich wszechobecna TV ściągana za pomocą jednej z satelitarnych anten oblepiających wszystkie budy dookoła.

Tutaj musi być przynajmniej tak jak pokazują tam w tym dalekim nieznanym im świecie białych bogaczy z ich białymi kobietami. Więc chętnie i bez krępacji oglądają je na filmikach dla dorosłych facetów zazdroszcząc tym swoim pobratymcom, którzy załapali się na ten deficytowy tutaj towar.

To tak samo jak w kraju białych, gdzie takie same, aby nie napisać te same kobiety szukają z takich samych powodów ich krajanów o których wśród białej damskiej części tego społeczeństwa krążą niczym nie przesadzone opowieści o ich męskiej sprawności i sile tego co tak podnieca lubiących ten sport.

Zbereźne myśli przyszły do głowy co niektórym czytającym ten kawałek felietonu, ale tak naprawdę chodzi tutaj o szczególny dar traktowania kobiet w ich kraju, który przeniesiony na europejski grunt. Wieczni studenci synowie, rzadziej córki różnych kacyków i dorobkiewiczów a tylko w niewielkiej części ciężko pracujących rodziców przyjechali tutaj, aby się czegoś nauczyć.  Potem sami dają naukę tym kobietom, które takiej lekcji pragną.

Ja tam nic od nich nie chciałem oprócz wrażeń i potajemnie robionych zdjęć więc wypiwszy dwa głębsze, aby nie urazić gospodarzy wyruszyłem wzdłuż drogi ciągnącej się kilku kilometrowym miejscowym targiem ciesząc się, że nie ma tutaj żadnych bankomatów, bo mógłbym zostać potraktowany jak darmowa karta bankomatowa dla miejscowych opryszków, których można poznać na pierwszy rzut oka. Na razie nie przejawiają mną zbytniego zainteresowania dziwiąc się co taki białas robi w tym miejscu. Sam się dziwię co ja tutaj robię, ale będąc celowo ubrany jak nędzarz na poziomie miejscowego obiboka, którego utrzymuje żona niezbyt się od nich różnię. Opalony przez słońce grzejące na oceanie, które towarzyszyło mi od samych wysp kanaryjskich wyglądam jak owoc mieszkanki tej metropolii, która zadała się z jakim białasem. Takich tutaj również nie brakuje i mają przesrane życie, bo zarówno ci czarni jak i ci biali odżegnują się od nich z tej samej przyczyny. Nie pasują do ogółu i są ofiarami miejscowego rasizmu. Z tej nie wesołej życiowej sytuacji może ich uratować tylko forsa. Jak mają odpowiednią ilość pieniędzy to są poważani, gdyż i tutaj jak wszędzie na świecie liczy się zasobność kieszeni a dolarów w szczególności. Nie ma w tych rejonach miasta, które teraz przemierzam wody, prądu i czegokolwiek co przypominałoby, że istnieje coś takiego jak cywilizacja, ale parę kilometrów dalej to owszem można nie wiedzieć, że istnieją slamsy, nędza i wszystko to co jest codziennością tych którym  władze bogatego państwa nigeryjskiego skąpią samemu napychając swoje konta w szwajcarskich bankach.

To między innymi dlatego wszystkie oddziały nigeryjskiej partyzantki i rożne odłamy islamistów mogą działać mamiąc biednych lepszym życiem pod ich przyszłymi rządami. Oczywiście biedni wiedzą, że zostali wykluczeni z tej bogatszej społeczności tak jak zostali wykluczeni z naszej polskiej rzeczywistości nasi PGR - owcy w swoich upadłych enklawach  wiejskiego żywota.

Tutaj jednak nie ma państwa opiekuńczego tutaj nie ma niczego, każdy może wszystko i nic, bo wie, że  ten wielki moloch rożnych nacji i plemiennych enklaw nie jest dla nich tylko dla tych co mają forsę nieważnie jak zdobytą. Wiec żyją z dnia na dzień nie martwiąc się tym co im przyniesie jutro. Beznadzieja nie przesłania im jednak radości życia i jak w wielu krajach świata, gdzie bieda jest codziennym chlebem dla wielu ludzi tak i tutaj umieją cieszyć się życiem i czerpać z niego pełnymi garściami to co radosne i jest w zasięgu ich możliwości. A w ich zasięgu największych możliwości  jest seks więc  wystarczy wbić przysłowiową dzidę w ziemię, kiedy obok ciebie przechodzi dziewczyna i już zwyczajem wielu afrykańskich plemion należy ona na tą chwilę do ciebie. Jest jednak pokłosie tych nieobyczajnych w polskim wydaniu zwyczajów. Nigeria posiada największy odsetek chorych na AIDS w tym afrykańskim tyglu rozwiązłości i przyrostu naturalnego, który w zastraszającym tempie podwaja się co kilkadziesiąt lat i jak prognozują specjaliści niedługo będzie wzorem Indii przodować w tej dziedzinie w całej Afryce. I co z tego, że jest czwartym eksporterem ropy i gazu na świecie, kiedy te naftowe bogactwo rozmywa się gdzieś po kieszeniach ich skorumpowanych władzach w nikłym tylko procencie trafia do rodowitych mieszkańców delty Nigru. To dlatego lokalna partyzantka nęka cudzoziemców i marynarzy pracujących na ich terytorium. To też jest największą przeszkodą dla rozwoju turystyki w tym kraju pełnym cudownych plaży i ciekawych afrykańskich widoków. Nie da się w sytuacji zagrożenia rozwijać turystykę. Chciałoby się wzorem RPA okiełznać trochę bałagan jaki tam panuje, aby miejscowi ludzie mogli pełnymi garściami - w legalny sposób ciągnąć fascynujące ich dolce z kieszeni turystów. Trochę jednak pragmatyzuję porównując ich do RPA.  Tam władze robią wszystko co mogą, aby turystyka przyciągała do nich turystów z całego świata. Jest jednak pewna różnica w mieszance kulturowej obu państw. Tam to napływowi imigranci z Indii i okolicznych państw Oceanu Indyjskiego tworzą specyficzny klimat dla turystyki. Ani im w głowie jakieś rebelie czy przewroty. Oni chcą handlu i turystów a władze RPA nie mają nic przeciwko takim napływowym nacjom wiedząc, że folklor i różnorodność to istny magnes dla turystów rządnych wielokolorowych festiwalów, regionalnych turystycznych atrakcji  wynikających z naturalnych tradycji hindusów, Azjatów i coraz większej liczbie zasiedlających te tereny bogatych europejskich i amerykańskich turystów. Wspaniałe niczym nie skażone połacie kraju z wielkimi obszarami buszu, sawanny, górzystych połaci kraju z ich zwierzętami, roślinnością i całym bogactwem tego ekosystemu, gdzie większy pożera mniejszego a człowiek jest tam tylko widzem, któremu pozwolono podglądać ich życie i zwyczaje, a zabroniono zabijać i niszczyć, Wspaniałe foto -safari, gdzie strzela się tylko i wyłącznie migawkami aparatów fotograficznych uwieńczając moment, ulotną chwilę z ich życia. Ale nawet to wydawałoby się nieszkodliwe podglądactwo zmienia ich zwyczaje czyniąc z lwów, słoni i całej wielkiej piątki afrykańskich zwierząt widzów oglądających ludzi w ich zamkniętych Jeepach w taki sam sposób jak ludzie patrzą na nich w ZOO. 

Ale nie tylko przyroda jest magnesem przyciągającym turystów z całego świata. Jest jeszcze coś co czyni ten zakątek Afryki godnym uwagi i zachęca nas Europejczyków do przybycia na ten odległy skrawek Afryki.

Wspaniale białe plaże, ciepła turkusowa woda, rafy koralowe i bajecznie różnorodne życie toczące się pod wodą. A dla tych co boją się rekinów wielkie baseny tuż obok plaży, gdzie mogą wylegiwać się i plotkować do woli z każdym kto ma ochotę ich słuchać. Same miasta to miejsca godne obejrzenia z racji swoich nigdzie indziej nie spotykanych różnorodnych sklepów, sklepików bazarów, galerii handlowych pomieszanych kulturowo i towarowo zarówno pod względem sposobu oferowania nam turystom swoich tradycji handlu jak i różnorodności asortymentu.

Chcesz znaleźć się w Tajlandii, Indii, Azji czy w afrykańskim buszu to szukasz tej grupy rodzimych przybyszy, którzy mając trochę inicjatywy przybywają do tego kraju szukając swojego miejsca do życia.

Biali te mają w RPA swoje enklawy. Wprawdzie nie tak wielkie i nie tak władcze jak kiedyś za to bardziej zmonopolizowane. Trzymają w rękach wielkie korporacje trzęsące tym krajem, które grabią i wyzyskują każdy zakątek tej ziemi. Niczym to się nie różni od tej metody działania jakie te molochy finansowe stosują w byłych blokach wschodnich może tym,  że tutaj nie silą się na slogany i piękne słówka okraszone wszędobylskimi reklamami Tutaj też wciskają afrykańskiej biedocie chińskie telefony zmuszając ich do pracy, aby mogli kupić sobie karty do rozmów. Niektórzy nie mają stałej pracy, ale mają dwie, trzy komórki i kradną, grabią i wymuszają, bo chcą być lepsi od tych swoich pobratymców co kilka tysięcy kilometrów dalej żyją na innej planecie, gdzie dobrobyt i piękno pokazywane w wszędobylskiej T V stanowi ich cel życia.

Tutaj też by chcieliby tak żyć, ale większość z nich  ma roszczeniowy styl życia. Wy macie to nam dajcie, bo my nie mamy. Więc dają, bo co niektórych gryzie sumienie, albo lubią błyszczeć w fleszach aparatów fotograficznych, gdy komuś coś dają a najlepiej małym czarnym dzieciom.  Nie widząc tuż obok siebie równie biednych i głodnych dzieci, których rodzice nie potrafią wyciągać rękę.

Czy w dzisiejszych czasach można spokojnie patrzeć  jak w jednych szkołach wszystkim dzieciom zapewnia się bezpłatne posiłki w tym również obiady a w biednych wiejskich szkołach przesiąkniętych nepotyzmem i poczuciem własnej wyższości, nieuctwem i lenistwem ich dyrektorów, wójtów i radnych widzących tylko czubek własnego nosa panuje niczym nieusprawiedliwiona beznadzieja.

Jak tam w tej małej mazurskiej wsi, gdzie Urząd Gminy to miejsce zatrudnienia krewnych i pociotków wójta, radni to miejscowi uzależnieni od niego mieszkańcy, ksiądz to pedofil, dyrektor szkoły to katecheta. Rodzice zastraszeni bojąc się o szykanowanie swoich dzieci nie odezwą się w żadnej sprawie. Tam nie uświadczysz darmowych obiadów, ani innych przywilejów będących dobrodziejstwem bogatych gmin i miast. Tam nie ma dostępu do internetu, basenów, teatrów, boisk z prawdziwego zdarzenia czy sali gimnastycznej.

Tutaj na tej mazurskiej wsi szczycą się dożywianiem dzieci mamiąc rodziców tym dobrodziejstwem, ale tylko tych rodziców, którzy spełniają wymogi bzdurnych przepisów o dożywianiu. Reszta może stać i przyglądać się, albo wcinać kanapki – jak je ma.

Więc będąc na zebraniu szkoły ze zdziwieniem słuchałem jak odtrąbiono sukces w dożywianiu dzieci, których rodzice spełniają te rygorystyczne przepisy określające komu przysługuje takie dożywianie.                                                                                                                                    STAWKA za obiad niebotyczna - 3,75 zł. dla jednego dziecka co przy stawce 200,00zł. ( dwustu złotych – piszę słownie, abyście nie pomyśleli, że się pomyliłem) na obiad dla samorządowca robi wrażenie. Na mnie też robi, ale tylko poczucie wstydu za tych co mogą a nie chcą... bo Oni co mogą chcą, ale tylko wyjechać. Nie, nie do Afryki do Brukseli.

A ja się pytam, gdzie jest równość i dlaczego trzeba się urodzić w odpowiednim  miejscu, aby móc korzystać z dobrodziejstw rzeczy, które wszystkim dzieciom winny być dane obojętnie, gdzie się urodziły i gdzie chodzą do szkoły. Pod tym względem nasze niektóre wiejskie szkoły nie różnią się tak bardzo od tych afrykańskich szkół.

Endru Atros