Grzegorz Walczak

Ludowo-globalny Chopin w Opactwie

 

Fot. Tomasz Paszkiewicz/Portal Płock

 

Owacją na stojąco zakończył się spektakl „Obłoczni, czyli sen Chopina”. Publiczność doceniła nie tylko genialną grę dwóch wielkich aktorów, ale również niezwykły kunszt towarzyszących im muzyków.

Każdy, kto obejrzy „Obłocznych, czyli sen Chopina”, przyzna, że spektakl ten ma strukturę niezwykłą. Jednocześnie każdy będzie miał prawo wyrazić swoją opinię na temat owej niezwykłości. Bo dzieło Grzegorza Walczaka wykracza daleko poza sztampowość scenicznych kreacji. 

„Obłoczni” to nie dramat, ale i nie komedia. To raczej coś z pogranicza biograficznej dokumentalistyki i fantasy. Fakty z życia kompozytora i jego powiernika, kopisty, wydawcy,
a jednocześnie jednego z najbardziej oddanych przyjaciół Juliana Fontany widzowie poznają dzięki listom odkrytym niedawno przez Magdę Oliferko. Fontana korespondował między innymi ze Stanisławem Egbertem Koźmianem i wicehrabiną Kornelią de Verny. Epistolografia Chopina wykorzystana w spektaklu jest dużo bardziej obszerna. 

Odkryte i wydane niedawno listy obu kompozytorów stały się dla Grzegorza Walczaka pretekstem do pokazania niezwykłej, chwilami wręcz kontrowersyjnej przyjaźni dwóch kompozytorów,
z których jeden cieszył się w pełni zasłużoną sławą, drugi zaś pozostawał głęboko w jego cieniu. 

Dialogi dwojga przyjaciół nie są jednak w pełni realne. Dzięki zastosowaniu konwencji fantasy obaj przemieszczają się nie tylko w przestrzeni, ale również w czasie. Słyszymy dzięki temu, jak Fontana rozmawia z Chopinem o XXI-wiecznym krytyku, który zarzuca naszemu największemu kompozytorowi, że był tak wielką indywidualnością, że po jego śmierci nie znalazł się żaden artysta mogący kontynuować jego dzieło. 

W jednej z najbardziej przejmujących scen Fryderyk Chopin wraz Julianem Fontaną obserwuje swój własny pogrzeb. W innej odsądza go niemal od czci i wiary, zarzucając publikowanie jego dzieł bez zachowania właściwej im chronologii. Bohaterowie spektaklu co jakiś czas kłócą się,
by chwilę później padać sobie w objęcia. Widać jednak, że są na siebie skazani i żyć bez siebie nie mogą. 

Rolę Fryderyka Chopina brawurowo zagrał Olgierd Łukaszewicz. Daleko mu w tej kreacji do lalusiowatego Albercika z „Seksmisji”. Ale wcale nie bliżej do niezłomnego generała Emila Fieldorfa Nila z „Generała Nila”. Jest z krwi i kości Fryderykiem Chopinem – artystą genialnym, ale wielokrotnie targanym wątpliwościami dotyczącymi jakości swoich dzieł. Zarzucającym sobie,
że tworzy utwory, opierając je na zbyt prostym, ale jednocześnie chwytliwym metrum. Nie ukrywającym fascynacji silnymi kobietami z jakimi miewał do czynienia, ale jednocześnie niezwykle wysoko stawiającym sobie typowo męską przyjaźń, jaka łączyła go z Julianem Fontaną.

Powiernikiem wielkiego Fryderyka jest w spektaklu Henryk Talar – aktor, który doskonale sprawdza się w dramatach pisarzy rosyjskich Fiodora Dostojewskiego i Michaiła Bułchakowa.
Ale równie dobrze czuje się w mrocznych rolach, w których trzeba wydobyć na wierzch najciemniejsze strony ludzkiej osobowości. Oglądając „Obłocznych” nie można oprzeć się wrażeniu, że w tym właśnie kierunku skłania się kreacja Henryka Talara. Jego Julian Fontana na pewno nie jest krystalicznie czystą postacią. Wierny Chopinowi, jednak w niektórych ze swoich listów (cytowanych w spektaklu) wyraźnie daje do zrozumienia, że przyjaźń z wielkim kompozytorem mocno daje mu się we znaki. Chociażby dlatego, że sam wymagając od siebie bardzo dużo, Fryderyk uważał Fontanę za muzyczną miernotę. 

Dwie wielkie sceniczne osobowości, chociaż wybijają się na pierwszy plan, pozostawiają jeszcze wolne miejsce w przestrzeni muzycznej. W niej zaś króluje Maria Pomianowska, która wspólnie ze swoimi muzykami prezentuje muzykę Fryderyka Chopina w sposób absolutnie niezwykły. Grająca na fortepianie Ewa Beata Ossowska muzykę Fryderyka Chopina wykonuje tak, jak czyni się to
w wielkich salach koncertowych. 

Maria Pomianowska gra na fideli płockiej, suce biłgorajskiej, sarangach, kamanczach, gadułce,
er hu, morin-hurze, wspaku. Gwidon Cybulski używa między innymi balafonu, bębnów, cymbałów
i didgeridoo. Obydwoje udowadniają, że muzyka naszego największego kompozytora brzmi równie dobrze na klasycznym fortepianie, co na instrumentach ludowych. Nie tylko z Polski, ale również z Afryki, Azji, Australii i Ameryki. W ten właśnie sposób muzyka Chopina była jednocześnie ludowa (bo grana na instrumentach etnicznych), co i globalna (bo instrumenty pochodziły z krajów całego świata). 

Publiczność, która zgromadziła się w sali barokowej Muzeum Diecezjalnego, doceniła w równym stopniu aktorski kunszt Olgierda Łukaszewicza oraz Henryka Talara, jak i muzyczną maestrię Marii Pomianowskiej i ich muzyków. Nic dziwnego, że artyści zostali nagrodzeni owacją na stojąco, za które muzycy odwdzięczyli się bisem.

Tomasz Paszkiewicz

 

-----------------------------------------------------------------

 

10 listopada w Teatrze Za Dalekim na warszawskim Ursynowie odbył się niezwykły spektakl pt."Saksofon". To adaptacja powieści Wiesława Myślwskiego dokonana przez Grzegorza Walczaka, autora scenariusza, współreżysera i współwykonawcę. Do udziału w tym przedsięwzięciu zaprosił on świetnych artystów: Mariusza Bonaszewskiego - znakomitego aktora, drugiego współreżysera spektaklu, oraz Alinę Mleczko - jedną z najlepszych saksofonistek
w Polsce.

Honorowym gościem przedstawienia był sam mistrz Wiesław Myśliwski, któremu przypadło
do gustu oryginalne potraktowanie jego tekstu. Specyficzna konstrukcja dramaturgiczna autorstwa Walczaka sprawiła, że saksofon stał się niejako głównym bohaterem spektaklu. Kontrowersyjne okazło się jedynie zastoswanie pieśni z czasów PRL-u. Ten zabieg wydał się
nieco obcym elementem autorowi książki, a publiczność była w jego ocenie mocno podzielona. Tym niemniej całe przedstawienie nagrodzono gromkimi brawami.

 

Zdjęcia ze spektaklu: 

   

 

-----------------------------------------------------------------------------------------

 

 

L A U D A C J A

n a  c z e ś ć  p i s a r z a

 

GRZEGORZA WALCZAKA

 

 w Jego 50-lecie pracy twórczej; Warszawa, 12 marca,
Grzegorza (i Alojzego, Bernarda),
AD. 2013.

J a n T u l i k

 

Twórczość Grzegorza Walczaka obejmuje
właściwie wszystkie rodzaje i gatunki literackie,
wraz z ich odmianami, mutacjami.
Życzliwy kłopot czytelników, a także i krytyki,
zasadza się w tym, że wszystkie utwory tego pisarza
plasują się na wysokim i bardzo wysokim poziomie, zaś
przyzwyczajono nas - pewnie w szkołach - że istnieją niemal
oddzielnie poeci, prozaicy i dramaturdzy. Czy to poniechanie
modelu pisarza renesansowego, który mógł powierzyć
swój talent czytelnikowi w różnych odmianach?
Może. Czy to dobrze? Niechaj odpowie sobie na to pytanie
każdy z osobna.
Również teraz trudno mi zdecydować się na omówienie
którejkolwiek z gałęzi twórczego drzewa tego pisarza, bo
na nic zdaje się dbałość o chronologię. Dodajmy, co zresztą
jest wprost naocznie zauważalne, że Grzegorz Walczak to
także... aktor.
Proza w dorobku szczęśliwego jubilata Grzegorza ma
niepodważalną pozycję. Cokołu, na którym ją postawił,
nie zburzą lada podmuchy. Opowiadania - ,,Anioł ze Starego
Miasta" miały godne przyjęcie. Między innymi życzliwie
ocenił ją Krzysztof Masłoń, zaś Krzysztof Karasek
napisał o nich, że są ważne, a już opowiadanie ,,Suchotniki",
w którym bohater jest wyraźnie człowiekiem ,,pomieszanym",
,,pomylonym"; tasują mu się, mylą - w sposób
zamierzony - wszystkie plany rzeczywistości. Rzecz napisana
po mistrzowsku i mogłoby stanowić ozdobę każdej
antologii współczesnej prozy polskiej. Przy tej okazji Karasek
 wysnuł interesującą tezę: Opowiadanie jest w pewnym
sensie trudniejszym gatunkiem niż powieść, gdyż wymaga
zdecydowanej fabuły (powieść może być afabularna).
Gwoli przypomnienia przywołajmy szczególny fakt
ad vocem: ,,Suchotników" uhonorowano pierwszą nagrodą
w prestiżowym konkursie ,,Wiadomości Literackich"
(1996), na który napłynęło blisko 800 prac.


Tadeusz Stefańczyk, pisząc o tych opowiadaniach w ,,Twórczości"
zauważył, że autor libretta rock-opery ,,Naga" jest
tym, kim jest naprawdę -- poetą codzienności. Niczym Białoszewski
swoją Saską, autor Anioła złoci poezją swoją Żelazną
Bramę (-) jest jednocześnie polski i europejski, esencjalny i
egzystencjalny, obywatelski i frywolny, chochlikowaty, liryczny
i refleksyjny, ale jego korzenie są bagienne -- z trzęsawisk i
wrzosowisk peryferii i podświadomości. W tej krainie -- jak
o tym świadczy znakomita, zgrzebna, a przecież, rojąca się
od subtelnych literackich gierek i smaczków (przemilczeń, zająknień,
retardacji).(-) Jego kraina dzieciństwa dyszy, (-) chorą
poezją. Bardzo dobrą poezją.
Inna w klimacie, i z założenia jako dzieło pełne, jest
,,Oaza". To powieść, która wymyka się próbom szufladkowania,
ale nie jest na tyle postmodernistyczna, że pozwoli
się wcisnąć w każdą sakwę. Lektura ,,Oazy" była dla mnie
przyjemnością i wdzięczny jestem Leszkowi Bugajskiemu,
który mi ją przesłał z propozycją zrecenzowania dla ,,Twórczości".
To powieść rozrachunkowa i obyczajowa, historyczno-
polityczna, świetna literacko, doskonale skonstruowana
powieść, jak syntetycznie - wprost ,,okładkowo" - ujął to
Janusz Termer. Akcja ,,Oazy" wprawdzie toczy się i współcześnie,
ale i w starożytnym Egipcie. Już na pierwszych jej
stronach dowiadujemy się, skąd i dokąd zmierza główny
bohater Borowik, który zwrócił się do hodży: Moja matka
była Włoszką, ojciec ogrodnikiem spod Warszawy, przyjechał
kiedyś do Piranu i tak bardzo zachwycił się tamtejszym zachodem
słońca, że, niestety, musiałem się urodzić. Voila!
,,Oaza" wyszła najpierw z cenzorskimi skreśleniami,
później wydano ją w ,,oryginale", cenzorskie skreślenia
zaznaczając kursywą. - ,,Oazę" uważam za jedno z ważniejszych
dokonań w prozie tego pokolenia
- przyznaje Termer,
który zamieścił autora w swym popularnym ,,Leksykonie
prozaików" (ISKRY, Warszawa, 2001, zawierających
ok. 350 haseł autorskich literatury światowej (,,od czasów
najdawniejszych po współczesność"). Stąd też wiemy, że
autor również piosenek i książek dla dzieci, urodził się
w Puławach 5 lutego 1941 r. Że jest absolwentem Filologii
Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, był uczniem i sekretarzem
osobistym prof. Witolda Doroszewskiego. Pracował
jako adiunkt w Instytucie Języka Polskiego UW, obronił
tam pracę doktorską Struktury zespolenia zdań złożonych
(1975). Kilka lat przebywał w Belgradzie, gdzie był uniwersyteckim
lektorem języka polskiego. Więcej niż życzliwe,
wszak mądrze uzasadnione głosy na temat ,,Oazy",
wnieśli tak świetni poeci i krytycy jak Jacek Łukasiewicz
i Leszek Żuliński oraz eseista i krytyk Leszek Bugajski.

 

I I

Niewątpliwie na podobnym poziomie znajduje się liryka
Walczaka. Poruszający do głębi jest cykl funeralny
,,Treny mojej Matce". Ich liczba 12 - być może zamierzona
jako symbol - jakby wskazywała na wyraz skromności ich
autora wobec ,,Trenów" - klasycznie przykładowych - Jana
Kochanowskiego; jakby skromnie sytuował swój ból w obliczu
przeżyć wyrażonych przez bolejącego ojca z Czarnolasu.
Oto kilka fraz zaczerpniętych z rzeczonego cyklu,
nie można wątpić - fraz natchnionych żalem:

 


Niosą wystygłą nadzieję.
Niosą w czterech deskach.
Nic nie niosą.
(-)
Cień mi twarz oczernia,
oczy mi zasłania niby zwiewny tren.
Matko, łaskiś pełna,
zostawiłaś we mnie boleściwy cierń.
(-)
Twoje listy pochowałem,
twoje zdjęcia - stary świat,
a medalik coś mi dała,
gdzieś mi w błoto wpadł.
(-)
Ufam, żeś Ty białą brzozą,
co na krzyż wyrosła
pewnie z wolą Bożą.
Ufam, że Ty staniesz przy mnie,
kiedy w dzień zaduszny
z świecą smutku przyjdę
(-)
Matko, która byłaś,
kiedy wejdę w ciemność, światłem we mnie
wzejdź.
(-)
Zmarła ci Urszula stary Janie
i mnie ktoś odbieżał.
Rymy twoje były zapłakane.
Dziś już znam ich ciężar.
(-)
Dokąd lata te minęły,
gdy bez ciebie szedłem w świat?
Ile sosen drwale ścięli...


Przejmująco wybrzmiały ,,Treny..." Walczaka w zaduszkowej
inscenizacji, wsparte motywami muzycznymi i bezprzykładną
interpretacją aktorską Olgierda Łukaszewicza
(w duecie z autorem).

 


I I I


Równie ważną jest poezja zawarta w autorskim wyborze
,,Sopel słońca". Roman Śliwonik napisał o nim wprost: Tom
,,Sopel słońca" jest bogaty. Jakość poety poznaje się po propozycjach
myślowych i artystycznych. Tom jest konsekwentnie
pomyślany i wyrazisty. Jestem poruszony wieloma wierszami".
Zawsze ufałem osobie i poezji Śliwonika, zatem jego powyższa
opinia stała się constans.
Tytułowy wiersz ,,Sopel słońca" wzrusza ewokowanym z
dzieciństwa obrazem. Może ów błysk zatrzymał się w tamtej,
przed dziesięcioleciami chwili, teraz stanowi pewien
temporalny punkt odniesienia? Oto koda tego wiersza:


Biorę do ręki lalkę
i patrzę w okno,
a tam we mgle sterczy
sopel słońca.


Pewnie tak - tamto światło pozostało - by spotkać się z
ostatnim dla człowieka błyskiem w zmitologizowanym już
,,Tunelu"?


To nic, że umarłem.
Nasłuchuję wiatru
we wnętrzu kamienia,
z iskier próchna
rozniecam dmuchawce.
(-)
A po chwili tworzenia
butwieję cichutko,
fosforycznie, świetliście,
całymi wiekami.
(,,To nic, że umarłem")


Walczakowe ,,Wnętrze kamienia" dyskretnie harmonizuje
w kamieniem w utworze Wisławy Szymborskiej, ale
i jakby z jego zaczątkiem, ziarnem piasku pod skarpetką,
w wierszu Zbigniewa Herberta; wszak kamień o niedostępnym
wnętrzu jest taką samą ,,perłą" piasku w ciele
człowieka, która zadaje ból, roznieca ranę.
Odmienną poprzez temat i obrazowanie refleksją jest
wiersz ,,Stado antylop". Tu stada antylop pomykają/ ku
wiecznemu morzu./ Pyski zwrócone do wodopoju / zastygają
w archetyp. / Przychodzi poeta / widzący wnętrzem,
/ chce je pochwycić, / ale po nich już tylko ślady, / więc je
zbiera gorliwie, / i przeistacza / w swoje zasuszone znaki.
Ale - zdaje się poeta przypominać - nie trzeba przywoływać
obcych pejzaży, by dostrzec owo zastyganie
i przemijanie hic et nunc. Oto w ,,W sarkofagu miasta",
własnego miasta, dzieje się jakby to samo: W labiryncie
kamieni, / w sarkofagu miasta / nic się nie wydarza. / /
Wrastam w moje / miasto, kamienieję w biegu.
Wiersz ,,Skończone" może najdobitniej ilustruje ton
wrażliwości poety, który apoteozuje życie i jednocześnie
wykpiwa jego ułomności; poety, którego ciekawość Tajemnicy
sięga szczytów, ale przemawia z doliny, z depresji, którą
mogą zalać jedwabiste szale fal.


Przemieniłem się w Chrystusa.
Teraz czuję bicie serca każdego ptaka,
zadyszaną troskę mrówki,
alarm słońca w nietoperzu
zwisającym głową w noc.


Może to swoista, osobliwa teologia pisarza? Który jednak
z rezerwą odnosi się do aktu tworzenia. Który jakby
powątpiewał w istotę ,,non omnis moriar?" Może tak; może
trzeba pozostawić siebie i swoje dzieła na łasce Czasu? Nie
walczyć o każdą chwilę z zaprzeczającym naturze wysiłkiem,
nie nakręcać uparcie budzika... Jak w poniższym
wierszu bez tytułu:


słowa słów się wyprą,
krwią się zmyje krew,
burze przeminą
jak echo gromu,
więc po co tak uparcie
nakręcasz budzik?


,,Człeczość" nasza aż boleśnie dychotomiczna, rozszarpywana
przez sprzeczne konieczności; jesteśmy - tak to
nazywam na swój użytek - filozofią i fizjologią. Dotykamy
myślą i zmysłami gwiazd i - jak wielkiej miary
uczony, kosmolog ks. Michał Heller - patrząc na iskrzące
się niebo nocą gwiazdami, zdumiony pomyślał: ,,przecież
ktoś te piksele musiał stworzyć". Albo przywołujemy
Kantowski paradygmat z gwiazdami, że... prawo moralne
jest we mnie.


I V


Jak dowiedzieliśmy się ze szkiców Janusza Termera (po
raz kolejny Janusz Termer, to on pilnie sekunduje twórczości
Jubilata...), autor ,,Oazy" pisał o grotesce w dramatopisarstwie
Sławomira Mrożka, co pewnie nie pozostało bez
wpływu na dalsze jego literackie losy - jak zauważa.
Może również dlatego, by ukazać pełnię
człowieczeństwa, czyli ludzkie skrzydło
błahości i drugie - wzniosłości, powstał cykl
R O Z N A M I Ę T Y ( "poetycko- groteskowa pląsawica
erotyczna").
Trudziłem się ,,wielce" przy pierwszej lekturze ,,Roznamiętów".
Pisząc o nich, spróbuję przychylić się do ich klimatu
(może bardziej się przybliżę).
Już tytuły zaskakiwały mnie radośnie: jakiś MRUCZKOWŁOŚ,
MĘCZYWOŁEK, ŚMIERDZIAŁEK, DZIAMDZIALENIE
czy WKRĘCIOŁ, który: (Wkręcioł) żmudny,
nadpaskudny / chciał zasklepić złóż mych przepych.
Sama zresztą uwertura była nieoczekiwana:


Mochata jesteś.
A ty słuty.
Pastolać chciałbym ciebie.
Spróbuj.


Nie byłem pewien, czy dobrze się domyślałem podmiotu
lirycznego, czytając ,,Rozkrzyczałkę"...


Rozkrzyczałka wrzaskliwka
natknęła się na mego prawdziwka


Podobnie było z ,,powabkami":


Choć ma wiosen jeszcze mało,
ale mi się jej zachciało.
Na powabki jej mam chrapkę,
na półdupce, na mechatkę.


(Ani słowniki - a przewertowałem ich wiele - ani prof.
Google, nie dali mi odpowiedzi na pytanie o ,,mechatkę").
Po wstępnej i pobieżnej lekturze nie zawsze uderza się w
ton odwagi - mówienia o języku tych utworów. Wzbudza on
podejrzenie, że to język ewokujący magię z dawnych herbariów,
resetowanych wówczas przez inkwizytorów; że owe
CZARSZKARADY w brzmieniu:


Daj w gniazdeczko się wkokosić,
smoczym dymem się okadzić,
wężym jadem cię przyrosić,
w mateczniki, wilgne jary
poprzenikać, w nich pobrodzić,



są mefistofeliczną prowokacją; że to może zapis doznań
onirycznych albo wywiedziony został z grzesznej zgoła wyobraźni;
że sam grzech tu umocował na trwałe szatańskie czułki.
Dopiero po wsłuchaniu się w rytm i muzykę tych prawie pieśni,
przychodzi nagłą falą olśniewające przypuszczenie: zaiste,
dzieło to mogło wytrysnąć z podszeptów Złego pomiota, że
może ono dotykać nawet problemu samego - uczciwszy uszy
zacnego grona - samego... seksu. Agape satanas!!!
Podświadomość moja usilnie podpowiada jednak: To
znakomita prezentacja tzw. lubieżnych treści! Tyle w niej
słów nowych, obcych... ale jakoś i ze ,,swojskiej" kuchni,
jak wiersz PATELNIK:


Raz patelnik w czułej głębi
języczulkiem się zaplątał,
rozsmakował się nad miarę
i tak pławił się bez końca.
Posmak, pomlask, polizanki,
przy tym bezdech nazbyt długi
sprawił, że go zamroczyło
i zapomniał swej maczugi.
Nurzał się więc w słodkiej mazi
cały z nosem zatopiony,
słodził, stękał, jęzorazy
wciąż zadawał urzeczonej
tym obrotem spraw dziewczynie,
która czuła się jak w młynie:
wymieszana, kołowana,
obracana, pogłębiana,
podślamkana, rozcmokana.


Komputerowy słownik rzeczownik ten - domyślałem
się: w nominativus singularis - przetłumaczył ,,Patelnik"
na pustelnik; i bądź tu mądry. Czy o raka pustelnika, czy o
ascetycznego mędrca tu chodzi... Brnijmy jednak dalej:


Nie grzdyl się bez końca grzdylu,
w moich wątpiach się nie zagrząź,
jeszcze by mnie mogło tylu,
a tyś mi się wetknął w słabąć.
Jeszcze by mnie chciało wielu
w dziuplopytkę hej kopytkiem,
pędzigrotem w mastny welur,
pod łechteńkę błędziorylcem.
(,,Roznamięty")


I znów przystań - przed kryształkową ścianą komputera,
na wytłumaczenie słowa - chyba także rzeczownika, ale
tym razem ,,sfeminizowanego" - łechteńka. Spotkał mnie
zawód ponownie, gdyż z łechteńki na polski wyszły ,,chętki"
i halterki... choć domyślałem się sensu po przeczytaniu
zdania: w wilgnej perle Ewy...
Dość zabawie, dość dworowania sobie - a to z życzliwości,
z inspiracji samego Jubilata. Niechaj uwodzi sam język
tej poezji.
Bo ,,Roznamięty" to niepowtarzalne erotyki, wciąż
utrzymywane w kanonie poezji; zmysłowość i humor
w ,,jednym stoją domu". Zaś zakończenie tego cyklu pobrzmiewa
dalekim echem Mickiewiczowych ,,Dziadów" -
,,co to będzie...". Kalambury i neologizmy, próby konstruowania
osobistego metajęzyka, potwierdzają mistrzowską
czułość na polski język, na jego potęgę semantyczną; ,,wystarczyło"
słowa stosownie ułożyć, uporządkować, przetkać
wyjątkowymi neologizmami - bo to głównie nowe
zupełnie pojęcia. W efekcie wiemy, że to nie tylko ewokowanie
staropolskiej mowy gminu, ale szczególne przetworzenie,
tworzenie nowych znaczeń.
Siła tych wierszy to także utrzymanie stosownej granicy
- to erotyzm, który pogardza przaśną pornografią, ale który
równocześnie szydzi z naszych niekiedy purytańskich odruchów.
Było to świetnie zauważalne podczas inscenizacji
tych wierszy przez autora wraz z nieodżałowanym Wojciechem
Siemionem!
Może twórczości Grzegorza Walczaka nie da się traktować
ortodoksyjnie poważnie? Lecz koniecznym jest traktować
ją bezwzględnie uważnie! Czy autor ,,Roznamiętów"
tego chce czy raczej nie pragnie - takie pytanie może być
postawione. Choćby po to, by mu usiłować przeczyć. Już
przeczę: to pisarstwo pełne powagi, wystarczy zwrócić się
o ,,poradę" do Gogola, Haska...


V


To nie koniec rozważań. Równoprawną dziedziną tworzenia
Grzegorza Walczaka, bo trudno rzec, czy dominującą,
jest dramat. Dzięki Wydawnictwu Adam Marszałek
ukazał się także tom słuchowisk radiowych Jubilata ,,Nie
dzwońcie do mnie - umarłem" - w serii słuchowisk emitowanych
w Polskim Radiu (2011). To jedna z nielicznych
oficyn, która - w innym gronie byłoby to zaskoczeniem
- wydaje także poezję, w tym i autorów będących wciąż na
dorobku, czyli czekających i nieczekających na Nobla.
Słuchowiska Polskiego Radia pod redakcją Janusza
Kukuły są szczególną edytorską pozycją - są niepowtarzalne.
Ostatnio dla ,,Frazy" dane mi było omówić tom
słuchowisk Bogdana Loebla, podobnie satysfakcjonującą
lekturą są utwory Walczaka. Ma on wielkie szczęście,
podwójne szczęście: reżyserowali jego słuchowiska tak
znakomici reżyserzy jak: Henryk Rozen, Jan Warenicia,
Waldemar Modestowicz, Andrzej Zakrzewski, Sławomir
Pietrzykowski, oraz sam Mistrz gatunku Janusz Kukuła.
Po wtóre - reżyserzy ci angażowali najlepszych aktorów,
i nikt w to nie śmie wątpić. Dialogi tych słuchowisk kuszą
twórców niepowtarzalnego zawsze Teatru Wyobraźni
do ich głoszenia. Przytoczmy fragment - dialog z ,,Apage
Satanas":
MAKS
A przysięga Hipokratesa?
ROMUŚ
Pijawka, hiena.
DOKTOROWA
Bzdura! (do Doktora) No, powiedz, że bzdura!
DOKTOR
Dobrze, po co przyszliście? Chcecie pieniędzy?
MAKS
Bogactw nie magazynujemy. (odgłos otwierania butelki i
polewania do kieliszków) Jeżeli czasem zabieramy jakąś diamentową
broszkę, to tylko po to, by ją natychmiast oddać
biednemu. Niech ma. (śmieje się)
DOKTOROWA
Filantropi.
MAKS
(surowo) Jesteśmy strażnikami prawdziwej rewolucji.
O, gdyby rewolucjoniści nie zatrzymywali się w swym
pochodzie i po zwycięstwie nie rozglądali się bojaźliwie,
z której strony nadchodzi kontrrewolucja - Niestety. Największe
niebezpieczeństwo kontrrewolucji tkwi w nich
samych - w tych, którzy zwyciężyli i usiłują utrzymać
status quo zwycięstwa. Rewolucja powinna być permanentna,
by mogła być sprawiedliwa. Wysadzać z siodła należy
dotąd, dopóki istnieje siodło, a jeśli go zabraknie, należy
dzielić tym, co pozostało. Potem i tę resztę trzeba odebrać,
żeby ludzie sami doszli do zrozumienia nietrwałości i
umowności wszelkiego dobra materialnego. Jedyną wartością
jest nie ,,mieć", lecz ,,być" i ja was o tym przekonam.
DOKTOR
Stabilność, proszę pana, jest jednak konieczna, by człowiek
mógł mieć jakiś punkt odniesienia. Nie można wszystkiego
budować na ciągłej negacji.
MAKS
To jest priori koherentny system - ergo z jego immanentnych
atrybutów nie jest w stanie narodzić się żadna transcendencja!
ROMUŚ
Ładne, co?
Ot - Grzegorz Walczak! Członek Stowarzyszenia Pisarzy
Polskich i Międzynarodowego Instytutu Teatralnego ITI
oraz Polskiej Sekcji Stowarzyszenia Kultury Europejskiej
S.E.C. Laureat wielu literackich nagród, w tym właśnie za
,,Apage Satanas" (wyróżnienie w konkursie Teatru Ateneum 1988).
Słuchowisko i sztuka teatralna ,,Kaktus" przyniosły
Walczakowi trzy pierwsze nagrody - w Polsce i w Jugosławii.
  Autor wielu znanych piosenek, laureat Festiwalu
w Kołobrzegu - otrzymał ,,Złoty Pierścień" i nagrodę
Publiczności za tekst do piosenki przeboju ,,Wrzosy"(1969).
Jego piosenki wykonywane były na najbardziej znanych
festiwalach - w Sopocie i Opolu. Jego nazwisko znalazło
się również w Leksykonie Polskiej Muzyki Rozrywkowej.
Zajmuje się też przekładami poezji serbskiej i chorwackiej.
W 2012 r. opublikował krótką antologię poezji serbskiej w
swoim tłumaczeniu. Był recenzentem Miesięcznika ,,Teatr"
i autorem rubryki ,,Oko i ucho" w dwutygodniku kulturalnym
,,Sycyna" prowadzonym przez wybitnego prozaika
Wiesława Myśliwskiego. Występował w swoich autorskich
programach z Wojciechem Siemionem, obecnie z wybitnymi
aktorami: Olgierdem Łukaszewiczem, Henrykiem Talarem
i Mariuszem Banaszewskim. Występuje także w kabaretach
satyrycznych z Jackiem Fedorowiczem, Markiem
Majewskim i Tomkiem Szwedem oraz w programach poetycko-
muzycznych ze znaną na świecie multiinstrumentalistką
- Marią Pomianowską.
To cząstka listy dokonań artystycznych Grzegorza Walczaka.
Podczas kolejnego jubileuszu, w stulecie urodzin,
warto sporządzić listę szerszą! Z takim życzeniem, dzielonym
z Wieloma, a wierzę - Wszystkimi Czytelnikami


                                                                          -Jan Tulik

Wiadomości Literackie Kwiecień 2013