Aleksandra J. Starostecka

Mieszka w Dąbrowie Górniczej. Bardzo często przebywa w ukochanych górach, oczarowana ich majestatem i niepowtarzalną przyrodą.

Zbiory wierszy:

- Moja woda (2011)

- Jeszcze raz (2012)

- Pod powiekami (2014) pod red. Andrzeja Żmudy (patronat PR Rzeszów i TVP Rzeszów).

 

Wiersze publikowane były w almanachach poezji religijnej: A duch wieje kędy chce 
i Ogrody Boga a także w nieistniejących już czasopismach Życie Literackie
oraz Na przełaj (członek KMA) – opowiadania i wiersze.
W marcu br. wiersze z tomiku Pod powiekami ukazały się w Gazecie Literackiej Wers (Rzeszów).

 

 

Z tomiku "Jeszcze raz".

 

***

biegnij ze mną
masz siłę
biegnij
spłoszymy ptaki
które obsiadły drzewa i kraczą
czmychną tchórzliwe zające
biegnij ze mną
uwierz
odnajdziemy lato

niech patrzą

 

***


wzloty i upadki mijają się
szmerem
nie udaje się nie słyszeć
nie widzieć
gdy w codzienność
wpadają jak w pajęczynę
między prawdą a kłamstwem
kręcą się lawiną przemyśleń

nie wyleczysz się
dostrzeżesz tylko czas
a on zawsze pozostanie
niedomówieniem

 

***

wzruszam się dosłownością
nie ma nic pomiędzy
nawet gdy pusty śmiech w płacz się zmienia
zmarszczka nie może być bólem
jest starością
w tej dosłowności jestem wyobraźnią
słowem ulotnym między nocą a świtem
może snem
twoim pragnieniem
może wierszem

 

 

Z tomiku "pod powiekami"

 

***

biel śniegu nieskazitelna
czystość duszy
spojrzeniem otwiera olśniewające niebo

pomiędzy porażającą nieba jasnością
a szeptem śniegu pozostaje ślad pustki
zamyśleniem

w czystości bieli szukam ciebie
nadzieją i miłością zawsze ogrzewasz
zmarznięte ptaki

 

nie umiem

wsiąść nie wsiąść
do oszalałego pociągu
obok torów stoję
nie umiem
życia

 

***


pod powiekami roześmiany zatrzymam czas 
pachnący narcyzami                                                            
pełen szczebiotu wróbli
odgłosu spadającego wiosennego deszczu                    

zasnę o zmierzchu
wpatrzona w kolejną nadzieję ocalenia jutra
zawstydzona zachłannością nieba                                                          
mową ziemi nigdy niemilczącej    
                                                                
nie będę śniła                                                                        
ani o niej
ani o tobie

tylko drzewa nie kłamią

 

***

spłoszone ptaki spłoszone uczucia
niecierpliwością niespełnieniem
zmieniają się w tęsknotę
za gorącym promieniem słońca
tkliwym dotykiem wiatru i soczystą zielenią
górskich połonin

maluję portret z okruchów spojrzenia
uśmiechu niewytłumaczalnych łez
drżącego serca i bukietu
pachnących rumianków podarowanych o świcie

piękna będzie jesień

 

śpię w deszczu


jestem mamo
w konarach wysokich jesiennych drzew mieszkam
wypatruję pobielałych szczytów gór

chciałabym wyżej się wznieść
jak ptak
w otchłań nieba
nie wrócić
a jeśli
to donośnym śpiewem deszczu
by bronił przed nijakością egzystencji
leczonej powolnym zapominaniem

 

telefon


zadzwoniła do mnie śmierć
nad ranem
na jawie czy we śnie
weszła i usiadła na łóżku
mroźnym oddechem
czas się zatrzymał zmęczony
niedokończony wiersz zadrżał
nie strach
dwa światy się zbliżyły
i chyba spadła czyjaś łza

uparcie w pokoju dzwonił telefon