Daria Dziedzic

 

Daria Dziedzic – urodziła się 17 września 1977 roku w Dąbrowie Górniczej. Absolwentka Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej oraz Filologii Polskiej na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Wydała dwa tomiki: „Anioły, sny, wiersze” (Nowy Świat 2003) i „Wyspa” (Mamiko 2010). Laureatka wielu konkursów poetyckich. Publikowała wiersze i recenzje w pismach: Odra, Elewator, Migotania, Akant, Śląsk, Zagłębie Dąbrowskie ... oraz w almanachach i na stronach internetowych PKPzin, Śląska Strefa Gender. Jej wiersze czytano w audycji radiowej – Poczta Poetycka prowadzonej przez redaktora i krytyka literackiego Macieja Szczawińskiego. Obok poezji, którą zaczęła uprawiać w 1991 roku, interesuje się filmami z dreszczykiem. Stawia pierwsze kroki prozatorskie, szuka wydawcy do trzeciego tomiku. Poza tym uwielbia się śmiać i poznawać nowych ludzi. Mieszka w Dąbrowie Górniczej.

 

 

 

 
za nami bardzo biały świat, przed nami światło


tyle za nami: biały, bardzo biały świat.
wyjałowiona ziemia, spalone domy, jeśli
nie zmieni się nic w stawianiu kroków,
zostawianiu śladów na meblach. lepiej
zamknijmy drzwi i okna. niech mroźne
powietrze zostanie w przestrzeni za nimi,
niech zrośnie się z drzewem, rzeką, kamieniem.
dla nas: ważniejsze życie, ciepły oddech dziecka
na skórze. porozrzucane zabawki i ubrania
po kątach, okruchy na podłodze. nie ma mowy
o grobach i urnach. przed nami  światło.




przyzwyczajenie

nie boję się już zimnych nocy. przywiązałam się do nich,
zostaną we mnie jak martwe dzieci. a wiesz, że są sprawy,
o których nie mówi się głośno i o których się zapomina.
wciąż daleko nam jednak jeszcze do siebie o jeden most,
jedną rzekę. mały ling lang śni krew,
choć dookoła spokój i ciepła pieśń skośnookiej matki
oddaje echo, kruszy skały. i tak do jutra,
kiedy padną strzały, mały ling lang
połknie słońce.




czynnik p.s.i.

ciemny, długi korytarz. w głębi dzieci,
które zabrała śmierć. znów nie pozwalają swobodnie
przejść dalej. uważnie przyglądam się
twarzom – pulsującym
jak włochate larwy muchówek.
ten obraz dochodzi do mnie z trudem,
ale przyjmuję go i unikam odbicia w lustrze,
choć mówisz mi, że jest takie samo jak zawsze.
nieprawda.
czuję przecież, że coś się zmieniło,
schowało we mnie i zastygło grudką gliny.
stało się mną. teraz mam w sobie
śmiech.




bezsenność

jest płatną zabójczynią, która oczekuje na swoje
ofiary w zaroślach za oknem (teraz sny
zdają się być tornadem, mknącym przez cienkie błony ulic,
silnym wewnętrznym obrażeniem bez szans
na dotyk).
to fermentacja wspomnień, zgniłych pór
roku – ból, który nie chce odejść. poznaję to rozedrganie,
laserowy płomień księżyca w oczach zdumionych strażników
i osuwam się w bezdech. widmo z fotografii.





kalambur

Każda z tych zagubionych w czasie rzeczy rzuca
teraz swój długi cień i nadaje sens temu,
co robisz dzisiaj lub zrobisz jutro.
„Wątek” J. L. Borges „Spiskowcy”


zupełnie niedawno staliśmy się rozbitkami
z odległych  galaktyk. wokół topniały lodowce,
woda zamieniała się w pustynię, a słońce
nie zamierzało przestać świecić.
powoli poznawaliśmy tymczasowe
i nieodwracalne, ale do brzegów było jeszcze daleko,
morze nie chciało dotknąć stóp. rozmywało się długim
cieniem. moglibyśmy nim oddychać.
widzieć jeszcze więcej niż teraz. ale łatwiej było wypełnić
skrzela powietrzem. jeszcze dzisiaj, bo jutro zacznie się
inaczej, głosi przepowiednia z linii papilarnych.
zamienimy się w kręgi na polach, ślady po obcej
cywilizacji.
nasiąkniemy niepewnością i będziemy żyć
z dala od siebie, poza sobą.
wrócimy do punktu wyjścia.




sonda

suche powietrze. lniane płótno odbija stygmaty.
dwie twarze, trzecia ciągle w mroku, a wszystkie moje.
dopóki o tym myślę, nic się nie dzieje, czego po mnie
nie widać. jeszcze nie – powtarza ten, który rozsiewa
niepewność – ale gdy odwrócą się bieguny,
zdarzy się sen srebrny i już nie odejdzie.
jakby cały zmienił się w zamarznięte jezioro,
zastygłą kroplę czasu lub szaleństwa.
to będzie.
mgły przylepione do szyby. szron na liniach wysokiego
napięcia. zawsze o tej porze bowiem wypełza z jaskiń
to, co zapewnia ciału trwanie. nic innego nie znam.
albo nie chcę obudzić, zanim znowu zniknie.
moja kolejna twarz. następne rozproszenie. to będzie,
przyjdzie.




objawienia                            

1


horyzont faluje,fala wpływa we mnie,
w moje wiersze - sidła. za chwilę
wpadną w nie umarli,będą błyszczeć,
błyszczeć i tańczyć wokół ognisk.
ogniska sięgną nieba,niebo spłonie,
zostawi bliznę a blizna
nie zrośnie się.

2

tak dzieje się nocą.W dzień
- pewniej.pewniej postawisz kroki
na drewnianej podłodze,być może zatańczysz.
taniec zasłoni horyzont,nie będzie już ogniem
ani ucieczką, wypłynie z wierszy.
stanie się mgłą.




interferencje                        

1

pęka ciemność. po niej rysa,po niej świat.
tyle się dzieje,ile sami chcemy.tak dużo w nas
zostaje.części zamienne,zmienne nastroje.
półprzewodniki ciepła, dłuższe obiegi tlenu,
na klatce schodowej,blues.blues,nagle oswojony
jak ogień świętego Elma,wgryza się w ciało.
staje się krwią, przekrojem galaktyk.pulsuje.

2

za nami,lata świetlne,przed nami, ziemia.
pędy,popędy wrastają w sen,w łóżko,w ściany.
twarze,pryzmaty. wchłaniam je w siebie,
jestem jednym z nich. toczę się,toczę po płótnie.
proszę, zatrzymaj mnie.zamknij w ramę,
zamknij w szkło. powieś.

3

powieś,ale daj oddychać,popatrzeć przez witraże,
nasyć dźwiękiem.jestem bezwładna. chwyć mnie za dłonie,
biodra,ukołysz. blues uniesie nas,
wygładzi. spójrz,odrodzenie jest we mnie,
we mnie budzi się dzień.

    


hostie
      
1.
 
sen jak parkiet. biodra falują bliżej
początku,gdzie prąd silniejszy,
jeszcze nieoswojony. to właśnie jazz,
jazz jak krótkie spięcia,prądy wirowe,
tsunami. wszystko, co płynne i głośne.
takie moje małe szaleństwa, tajemnicze
przestrzenie w popękanych lustrach i listach,
zniekształcone twarze. to więcej niż układanie włosów,
niż mistyczny niepokój. ciemnoczułość jak nóż.
 
2.
 
tyle mam za sobą, przed sobą jeszcze więcej.
pozasłoneczny układ planet, czarne dziury.
taki właśnie jazz,jazz zmieszany z krwią,
brunatny miód. ciekłe piruety.
coś,co zatrzymuje na tyle,by nie dało się
przejść do innego filmu. tak faluje ciało,
tak  wzrasta ciśnienie. zaduch, ocieranie kropli
z czoła. to wszystko spam. coraz więcej spamu.




[moja bohaterka nie pisze już wierszy]         

moja bohaterka nie pisze już wierszy
o samobójcach.przed lustrem trenuje silną wolę.
jednocześnie,dostrzega w sobie coś
z Freuda i Prousta,jest wyjątkiem
odbieranym migotliwie.ciągle
wyławia z kosmosu sny o mętnych oczach.
zamyka w szklanych puzderkach. widzę,
jak potrafi zaciągnąć się mgłą.
świadomie stwarza świat,w którym mieszają się
rzeczy i miejsca.tu wszystko jest płynne,
sieje zakłócenia.każdy kto,choć raz nas odwiedził,
wie,jak bardzo jesteśmy zwierzęce.




młynek do czekolady, 1911

To takie nienasycenie. Karnawał w środku
jesieni, tango przez pół boiska. Przywitanie ze zmrokiem,
witaj cukiereczku, stawimy czoła bestii
krwiożerczym lękom.

Upupimy je, ulepimy z nich ciepłe kluchy. Och, Marcel,
owocuję jak głupia, a tobie nie zostało nic poza
trzaskającymi kośćmi. W swoim milczeniu jesteś prawie
troglodytą, półbogiem, półsnem, figurką z jaspisu.
Twoje szklane oczy dyndają wokół mojej szyi na cienkim sznurku.
Mogą łatwo się zerwać i potoczyć pod bluzkę. Zatańcz,
zatańcz ze mną, zanim wystygnie kawa i ktoś spije z niej pianę.

Zrównajmy się z ziemią.




tryptyk

1.przed i po

nadal jest i wpływa przez otwarte okno.

póki ktoś nie przetnie drogi,
zostaje między wierszami  a  prozą
najzupełniej niepowtarzalną

twarzą śpiącej,
twarzą madonny,
twarzą dziwki.

patrzymy na nią jak zahipnotyzowani
i nie potrafimy wypowiedzieć
prostego

kocham cię,
kocham jak Irlandię,
kocham jak whisky.

jakby słowa były trocinami,
plamą po oleju silnikowym,
spermą na prześcieradle

z paryskiego motelu.
jakby ciemność była tylko błędnym
kołem lub wieżą ciśnień.

ostatni raz patrzę na nią kątem oka,
w którym zamiast łez, słupek
rtęci wskazuje minus dwadzieścia
stopni mrozu  między tobą
a mną,

coraz więcej pustych butelek.
pod nogami znika przyciąganie,
odnajdujesz punkt zero,

ciekły asfalt.
pozwala na to lekkie pióro,
wyobraźnia i kac.

2. w trakcie                                                                                              

wyobraźnia, kac i lekkie pióro
powodują wzrost ciśnienia.
teraz jestem strzelistą wieżą,
w której wnętrzu lęgną się
mroczne korytarze,
kręcone schody
i balkon.

jak co rano
stoisz na nim z papierosem.
wciągasz do płuc
tytoniowego boga,

nie pozostaję dłużna,
więc choć raz mamy ze sobą
coś wspólnego na przemiał.
jesteśmy gotowi

do skoku. zaczynasz wkładać
kominiarkę. nikt cię nie rozpozna
po chodzie i zapachu. stopy
przemyłeś octem. możesz iść
i wejść głębiej.

rozbieram się, tylko
nie ze snów,
coś musi być we mnie moje.

3. na własność                                                                          

coś musi być we mnie moje,
niekoniecznie krew, tylko miasto,
nasiąknięte feerią świateł. żyły,
kanały, wypchane szczurami,
pulsują gwałtownie. To jest we mnie,
jeśli chcesz, zabierz,

wymień na jezioro,
góry i las.
może będę oddychać spokojniej.
bez gruzów w płucach,

bez kurzu. zabierz pełnię,
wypełnij pustkę, by znów była pełnią,
tylko tyle. coś w zamian
musi zostać i skwierczeć w upalny dzień lata.
zaufaj, jeśli zabierzesz ze mnie miasto,

pojawi się milczenie. będzie nadal
i wpłynie przez otwarte okno.
to we mnie, reszta
się nie liczy, więc śpij. a ja
jeszcze poczytam do snu.


    

mgnienie
       
tak nagle, tak niespodziewanie. przychodzą z cienia,
nawołują mnie, choć nigdy w nie nie wierzyłam,
teraz są. małe, uduszone dzieci, wirują  w powietrzu.
jest ich pełno. są moimi oczami, które błyszczą
i ślepną. są moimi dłońmi, które dotykają żywych,
a potem sinieją. są moimi uszami, które słyszą i głuchną.
są bólem, który najbardziej dotyka  w samotności.
kto go poczuje, przerwie milczenie. będzie mówił
więcej niż zazwyczaj. i wszystko, co nietrwałe,
zostanie w nas snem, cichą halucynacją.
zimowym przesileniem. tak daleko można zajść w siebie,
a ci, którzy o tym wiedzą, pozostaną niemi.




hosanna

trzeba obudzić się. wejść w dzień światłem.
Przekazać tobie klucz do pokoju
i zaśpiewać kochać to znaczy
zawsze to samo. tyle mogę ci ofiarować.
poza tym jeszcze coś. ciało i krew. sny
i jawę. szaleństwo i wielkie uspokojenie,
a w każdym kolejnym wersie twoje imię
inne niż zwykle, coraz łatwiejsze,
pełne łaski i grzechuw instynktownie,
że wzbudzi czyjeś współczucie,
zostawi echo. nie wiem, dlaczego,
ale wciąż wierzę w twoje
zmartwychwstanie.





„choroba libenkrafta”

pełna izolacja.komfort,luz, spadanie.
są i twarze, są widzenia.dwa,
trzy razy w tygodniu,patrzymy na siebie
przez szybę, nadajemy szyfrem. wariograf
dostaje świra.leżę na pryczy,
czytam mein kampf jednym tchem, czytam
i znów spadam.spadam w głęboką wodę,
w głęboki sen.prosto w objęcia głuchego
pielęgniarza, który robi mi zastrzyk
i uśmiecha się, przeraźliwie słodko.
nie mam mu za złe tej całej donkiszoterii,
komedii dell’arte.to już i tak
dość paskudne okoliczności,
jak na maj.(wynaturzam się
fizjologicznie.)





zaprawdę powiadam wam


stworzyłam nową konstelację strzykawki butelki ginu
rzeczy zupełnie dla mnie obcych
w ten sposób radzę sobie z ciemnością do twarzy
było mi najładniej zwłaszcza w listopadzie

nie potrzebowałam make upu tlenionych włosów
wystrzałowych ciuchów i ulubionych kolczyków
były w wymowie za jednoznaczne jak twoje eseje
o byciu człowiekiem od chwili poczęcia
brakowało w nich głębi
jaskiń
jest w nich echo
jakie pozwala nam na niepamięć
od skały do skały wciąż dużo miejsca
na sympatyczne rozłożenie ud i wymianę kodów
genetycznych wcale nie bez znaczenia były podróże
przed świtem kiedy pospiesznie
zbieraliśmy porozrzucane ubrania
i nakładaliśmy na siebie rzeczywistość
pomimo że dopiero zupełnie niedawno
pozbyliśmy się tysięcy dolarów na operacje
plastyczne twarzy
moich piersi i twoich pośladków
nigdy nie mówiłeś że po nocach
które spędziłeś ze mną masz kłopoty
z oddychaniem w białym wierszu
czujesz się jak w zamkniętej klatce schodowej
i zatrzymujesz
na każdym kolejnym wersie stopniu
by nabrać w płuca farby
pękającej pod wpływem zimnych dotyków
więc teraz boję się
ciebie podejść tak zwyczajnie
jak zawsze wyciągam wnioski





pod dachem nieba

lepiej nie myśleć wcale. odłóżmy więc książkę,
zamknijmy oczy, oddajmy się snom
jak tangu, zanim znów spadnie kometa
na las, na znaną drogę. nic nie chce nas ukoić,
żadna melodia nie przynosi spokoju.
wszystko takie zimne, choć za oknem
jeszcze lato. właśnie w tym momencie
nie jestem już sobą, zmieniam się,
przepoczwarzam i nagle
odgryzam ci łebek. z ust cieknie mi krew,
nie moja, twoja. czas się obmyć
w wannie czystej
jak niemowlę.




paranoje

właśnie słucham seana paula I’m Still In Love
i jem nektarynki. ktoś mi kiedyś powiedział,
że dwadzieścia minut
po północy nie powinno pisać się wierszy,
tylko pójść spać. ale to niemożliwe. od tygodnia
wciąż oglądam wschód słońca przez zamknięte okna
i mam dziwne, coraz mroczniejsze lęki. obca,
obojętna nie potrafię skleić origami,
napełnić czajnika wodą, odnaleźć w ciemnych
lustrach Tybetu swojego odbicia.