Dorota Kojro

Urodziłam się 1969. Jestem cochem - trenerem, pasjonuję się poezją i fotografią, podróżami. Myśl, która mi się podoba to " Jestem optymistką. Bycie kimkolwiek innym nic nie daje". Uprawiam dziennikarstwo obywatelskie, reportaże, relacje na MM Wrocław www.mmwroclaw.pl/user/DoroteK. Publikuje na ,,nasza klasa’’ swoje wiersze. W wierszach wyrażam własne myśli i to, co czuję.



Miała ochotę na ciacho bez tłuszczu,
cholesterolu, z nie tuczącym cukrem,
które zje w łóżku.

Mówisz - to okrutne,
że takich ciastek nie ma,
że to kolejna ściema
reklamodawców.

Poprawię ci nastrój.
Są takie ciacha na szczęście.
Mają gładką skórę, same mięśnie
i smak
taki, że ach
i och, i nie przerywaj…

Już wiesz jak się nazywa
ten przysmak?

Acha, to mężczyzna.



Moment w którym umarli

był najszczęśliwszy
w ich wieloletnim po-życiu.
Nikt już nie miał wątpliwości,
że byli wspaniałym małżeństwem,
chociaż ona go zdradzała
a on pił w każdy piątek…

O zmarłych mówi się tylko dobrze.
Grzechy
były nieistotne.
Ich dzieci
nad grobem
stały ostatni raz obok siebie.

Czy czekali na nie w niebie? Nie wiem.
Raczej
wątpliwe.
Maciej
zmarł na zawał w zimie.
Paweł żył jeszcze 15 lat
zanim rak
go wykończył.
Tylko Zosi
przyszło doczekać Alzheimera.
Nie pamięta
nawet siebie.
Może to lepiej…
A ich rodzice otrzymali w darze
- plamę oleju, poślizg, drzewo, wieczne razem…



Miała urody pod dostatkiem,
wypełniała nią każdą fałdkę
na brzuchu, poduszkę na biodrach.
Więcej niż słodka.
Lukrowa.
Drugi podbródek chował
obietnice nieodgadnione.
Biust (ważył chyba tonę)
był jak poduszka miękki.
Palce – okrąglutkie precelki
- wkładały do ust smakowite kęsy.
Każdy facet, duży czy mniejszy
- chciał zaznać jej miękkości.

Była gruba, jak to mówią… „przy kości”
lecz nikt tego nie widział.
W tej niewiedzy śliczna
żyła… umarła jak każdy.

Kiedy zastęp grabarzy ją taszczył,
każdy wspominał puszystość ciepłą.
A ona – zaskakująco lekko
unosiła się duchem
nad konduktem,
żegnając kilogramy z wdziękiem.
Jak widać do nieba trafiają nie tylko lekkie.