Iza Smolarek

Iza Smolarek - Poetka, prozaiczka, dziennikarka. Stypendystka Ministra 
Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Autorka tomu "się lenienie" 
(Wydawnictwo Portret 2006r.) i "stany zmysłowe" (Liberum Arbitrium 
2007r.) oraz powieści kryminalnych ("Kontrakt" napisany wspólnie
z  Tomkiem Klareckim zdobył główną nagrodę wydawnictwa Rzeczpospolita
w  konkursie na współczesną polską powieść detektywistyczną). Laureatka 
wielu konkursow literackich. Nominowana do Dżonki - nagrody 
literackiej im. Stachy Zawiszanki dla najbardziej utalentowanych 
poetów młodego pokolenia (2007r.) Publikowała m.in. w "Odrze", 
"Toposie", "Akcencie", "Zeszytach Literackich", "Ricie Baum", "Nowej 
Okolicy Poetów", "Portrecie". Współpracuje z magazynem "Lejdiz". 
Związana z grupą artystyczną PoEzja Londyn, członkini Związku Pisarzy 
Polskich. Jej teksty wystawiane były przez aktorów teatru "Syrena"
w  Londynie oraz Terminus a Quo w Nowej Soli. Ostatnie publikacje: 
"Solistki. Antologia poezji kobiet", Warszawa 2009r. oraz "Anthologia 
*2" londyńskiego wydawnictwa Off_Press Publishing 2011r.
W  przygotowaniu  - książka z wierszami oraz przedstawienie
dla  najmłodszych.

 

szare renety

umiera moja matka bez zaangażowania
od czternastu lat a ja maluję usta
przyglądam się cieniutkim skrzydłom brwi naprawiam
fotel z roku na rok coraz bardziej bujany
przez srebrne żaluzje słońce czyta
franza kafkę porzuconego na stole

blada muszka owocówka w płaszczu
z szarej renety uważnie bada bieg
czasu i czy z tego biegu uda się ocalić
smak rzeczy oczywistych czułe lepkie piętno

umiera moja matka która naczytała się
rymkiewicza eliota brechta
więc teraz nasłuchuje ósmego kwartetu dymitra
gdzieś od strony gruszy a ja jej mówię mamuś
daj spokój śmierci ona od rana jest dziś niespokojna


mojra

po wszystkim. leżymy

leniwi od siebie i prawie śpiący
bez ubrań i wstydu za to w popkornie
i wczesnym jarmuschu
ciemność dobrze wchłania się w ciało

i my z dna kubków
cedzimy kawę zależni od siebie
dwiema półkami ambitnych książek
milcząc na temat a w ustach

dnieje

twój cień spada na podłogę
głowa do góry mówię za oknem
bez jak huragan i czai się przyszłość
opuszczasz ręce

 

impresja

odpływam na zdaniach ułożonych w łagodny czworobok domu
jak pierwsze lecho zbyt tłusty rosół chili con carne albo twoje przedramię
które przygarnia mnie po 23. tworząć bezpieczne fau

przed nosem miga mi niedopałek świata zerkam
na uśpionego laptopa jestem bezpieczna
mam płuca i słowa

a pod powierzchnią skóry wiatr
wypycha minuty łamie kałuże rozgarnia
delikatne clou tkanek wchodzi
w arterie myśli smakuje jak ogień kropla lampy
jak noc wydłużona w palce - głaszcze pomarańczowe cienie oczu

mówisz coś słowa
są jak muzyka i mają dla nas odmienne znaczenie

zawiła struktura powietrza oprawiona w drewniane ramy
czułości obraca się wolno w żyłach nasiąka plath i eliotem
przy afrykańskim winie pulsuje jak sierść kota na udach

wtulam się w nią rytmicznie podczas gdy przedświt
zwrócony jak my plecami do świata
wciska głowę pod wszystkie poduszki

 

się lenienie

w muchopodobnym tangu lepkich słodkich strużek
przepuszczam przez skos setek oczu chitynowe światło
lekko leciuchno mnie bierze uporczywe brzęczenie
czy aby tylko ze mną przecież ach co tam przyniosę ci śniadanko
(nie żebym zaraz szła jak w dym. a skądże. ale jego
stosunek mięśni do włosów całkiem jest ten teges) myślę

jeszcze chwilę później oddalam także myślenie
cynamonowe wieże kuszą libido śmoetana bije
rekordowe ajkiu unicestwiam unisekszam nie ma
[ojcze nasz, który też jesteś facetem i nosisz czasami
obcisłe dżinsy, który masz potargane włosy
wynurzając się nad ranem z wieczystej pościeli;
który stajesz przed lustrem, napinając pośladki]

trzeba zamówić pizzę ja zwariowałam kochanie podasz telefon?

 

spokojny jesienny pan,
czyli apokaliptyka wieczorków tanecznych

wiesz kiedyś dawno temu dla swojej kobiety rzuciłem palenie
tak z dnia na dzień i do dziś nie palę To przez ten taniec
co spina oko z nosem, wodzi za wytarte klapy łysym dorabia
rzadkie loki lokalowych dam, nieumiejętnym daje celofanowe
skrzydła jak cukierki na później

zastanawiam się czy byłbym w stanie zrezygnować na dłużej
z wyjeżdżonego poloneza działeczki na obrzeżach
oraz przeglądu sportowego. A gdyby nie? Gdyby nie
chorobliwa obawa że nie znajdzie nikogo
odpuściłaby sobie a tak nie odpuszcza
zaszłego pana w wąsach i czerwonej twarzy
chociaż boli noga i gnuśnieje zatrzymane w płucach powietrze
tylko karp w galarecie dzielnie znosi rozstania
milczy

już od tygodnia telefon aż wstyd że zdarza jej się łudzić
sny zawijać ciasno bandażem jak nogi
i wszystko przez ten taniec obiecał a potwierdziła wróżka
sekstyl księżyca w tangu z kakofonią urana więc miłość
szura teraz po domu uparcie dziwiąc się intensywności zapachu
ciętych kwiatów dawno jej niedanych kościstą męską dłonią
idzie do parku, niedaleko oswojonej ławki spotyka śmietnik
i dwa rowery Spójrz ubłociłeś róg płaszcza mówi czule
niby do gołębi i wolno gładzi swoje włosy

głupie, odfruwają

 

Rocznik 1986,

porto. migotliwy odprysk źrenic między intensywnie
żywymi obrazami; teraz, tu na obrzeżach
wiosny, w pulsie zabieganych ulic zastygły czas
twoja pospieszna obecność, ciepły oddech
tramwaju na nagiej łydce, spojrzenie mężczyzny
z podartego skrzydła gazety, fotografia prasowa:

na placu znużeni turyści, gorliwe handlarki
tłumy spłoszonych ziaren w niechętnych dziobach
miastowych ptaków, połyskliwy papier-mache
słów, od których dzień staje się
czasem może i lepszy, mniej szorstki
niż twoje zmęczone stopy

wciśnięte w to moje samo. razem milczymy
bo nie o wszystkim warto dziś pisać. z dna widno-kręgu
podpatrujemy losy mizermnych drzew, znajomych twarzy
z naszej dzielnicy, smukłej szyi zielonej butelki
podartych słów pod policzkami. Podczas gdy upał
jak chwila wewnątrz
nie chce od nas odpłynąć


/mężczyźni/

przychodzą
inne i takie same
z każdą jest inaczej i tak samo
z każdą nie ma miłości inaczej
z każdą nie ma miłości tak samo
[Samuel Beckett]

w stosunku to widać najbardziej -


długość ramion trójkąta do rozmiaru podstawy jest niebywała
jednak bez wyczucia chwili łatwo dochrapać się guza albo czegoś
w tym rejonie. na starość pewnie przywyknę do niemrawego obrzędu
śniadania bez następnego ciebie i kliszy jak z amerykańskiego kina
wtedy boli najbardziej poetyka puchnącego zdjęcia
dzieci w portfelu. słodka nerwica

wywołuje mnie czasem na środek sali. prawdziwe
są tylko zmyślone historie - trzymając się tego szuram z miejsca
żeby pospiesznie dukać jak bardzo nie jest chociaż wygląda że jest
jak wiersz na autorskim przez półprzywarte powieki. nieźle to znoszę
jestem prorodzinna, a wręcz twierdzę śmiało - związki nieznane
dotąd mi znane

są obojętne i zazwyczaj kończą się śmiercią albo ciężką chorobą
zdumionych powódek. biedne małe do kwadratu! wzruszam ramionami
dokładnie wtedy twoje ramiona zaczynają wzruszać mnie
trochę jakby mniej. i wiesz jak jest spoko loko luz i spontan wszystko
mi pewnie wytłumaczysz przy następnym merlo albo czystej
poetyce z przypadku. mimo to trzymam się w życiu [wybacz]

- słowa dobrały mi się lepiej niż mężczyźni



wizyta

w zaściankach snu tam gdzie myśl skręca
w bardziej ubita drogę zastukali do drzwi
cisza zlazła z tapczanu na palcach
nerwy z warczeniem przywarły do podłogi

niewiele widziałam przez słupy źrenic
oddech pospiesznie zarastał kołdre
instynkt czesał naskórek pod włos

chwila gięła sie z placzem aż
pękła
.

poruszeni jękiem niespiesznie odeszli
ujmując przestrzeń wymownym uhm
czy wróca i kiedy obłęd ich wie