Jacek Wąsowicz

Jacek Wąsowicz, z pochodzenia Świdwinianin do lat 45, dziesięć lat wcześniej
stał się Jack'iem. I dobrze, Bo brytyjskie określenie "Jack of all trades
- złota rączka " pasuje do niego jak ulał: Jacek uczył języka angielskiego,
był przedstawicielem handlowym, specjalistą d/s importu oraz gastronomem.
Co do szeroko pojętej kultury i sztuki, parał się wieloma dyscyplinami:
  - muzyką - występy w duecie gitara / flet
  - sztuką - tworzenie obrazów wykonanych techniką papierowego collage;
na koncie dwie wystawy indywidualne w Londynie plus wiele wystaw zbiorczych
- grafiką komputerową i składem tekstu - to jego chleb życia.
Jednak jednego Jacek nigdy nie tykał: pisania. Wszystkie znaki na niebie
i na ziemi wskazywały na to, że wraz ze złożeniem egzaminu maturalnego,
Jacek złoży wszystkie sobie znane (i nieznane również) pozycje literackie
do najgłębszej szuflady na wieki wieków amen. Przebrnąwszy przez licealną
ścieżkę zdrowia obowiązkowych lektur, nieprawdopodobną wydawała się wtedy
jego przyszłość, jako osoby blisko związanej z pisarstwem. A jednak...
Wyczulenie na emocjonalną, intelektualną, a nawet fizyczną kondycję
ludzkiego gatunku, połączona z chroniczną nieumiejętnością ignorowania
obecnego stanu rzeczy, znalazły ujście w tworzeniu Słowa. Obserwacje
otaczającego świata, najpierw tego znad Wisły, a później tego znad Tamizy
zaowocowały mniejszymi formami literackimi jak np. Poezja, felieton,
reportaż czy krótkie opowiadanie, a także formą full - wypas w postaci
powieści obyczajowej osadzonej w realiach współczesnej Polski
oraz nie - realiach świata wirtualnego.
Do 2011r. Jacek prowadzi stałą kolumnę pt. "Kij w mrowisko" w polonijnym
tygodniku "Polish Express", a także aktywnie uczestniczy w kulturalnym
życiu UK, współpracując z innymi twórcami na brytyjskiej scenie literackiej,
muzycznej i artystycznej

 

Staram się
Staram się.
Staram się zostać.
Staram się zostać... Kim? Czym? Co TU robię?
Siadłam.
Siadłam TU - z piórem, kartką, myślą rozdartą.
Jedno wiem - siadłam TU I... Nie wiem już.
Więc obserwuję.
Obserwuję wydarzenia: jedno, drugie - za długie!
Niech to!
Lecz walczę z tym.
Staram się I walczę,
Walczę I walczę... I nic.

Mądre myśli o włos - długie zdania na krawędzi,
Druga myśl pod włos - znowu długo będzie!
I przymiotnik się pałęta: jeden, drugi, trzeci...
Przymiotniki - wymiotniki!
Nno, teraz pięknie będzie.
Myślę co dalej. Myślę co będzie.
Skreślać? Składać? Myśleć? Pióro cieknie, kartka leci!
Myśleć co mówię? Mówić, że myślę? Spać? Lecz nie śpię. Mówię, więc jestem...
Ratunkuu!

Ja jestem baba przegadana.
Przegadana, przegadana, I tak do rana, oj Dana-Dana, pokaż MI...
To gdzie ja byłam?

Aaa - tak, tak: SIĘ STARAM.
Siadłam TU, Bo zostać poetką się staram.




Szczytne dno ułudy
[Jak łatwo dać się uwiązać - Czemukolwiek.
Na uwięzi więzi być
I mieć czelność zwać to "WOLNOŚCIĄ".]

Raz tam, ścieżką pod lasem, szedł sąsiad uwiązany do jamnika.
Myślał, że to on go wyprowadza.
Dumny przyjaciel na zawołanie na smycz,
A do sikania nie unosi nogi.
To, zwykły niewolnik szczekającej szóstej rano bawi się w "pana"...

Z ozonowej dziury wylazło Słońce - już and sadzawkę tłumy walą,
Pan wali Panią Po głowie za skrawek trawnika;
Zabija wzrokiem. Czasem pożąda.
Opalenizny niewolnikom daleko do letników.

Modniś synalek dostał AjPada nowszy model - zagrywa się do wyryrania dziury,
Zabija wzrok, lecz ojciec się cieszy - póki co, dwa wróble ubił:
Syna uciszył, ciało styranej kochanki podgłośnił.
To, niewolnik kaprysów zgarbionych pleców.
...
Ale, ale - to nie ja, to inni przecie!
Sumienia nie gryzą MI wszy - ja byłem dziś na mszy;
Po swą dawkę odpuszczenia do Kościoła walę, "Ojcze nasz" klepnę...
By Po drodze kląć I klepnąć żonę za zupę za słoną
Lub głupotę wrodzoną.
Zabijam ślubną wzrokiem; już nie pożądam...
Dziś przypadkiem odkryłem, że "Ojcze nasz", to też - o zgrozo -
"Jako-imy-odpu-szczamy"!
Może zapomnę...
...
Ułudo Nieba, Ułudo Wolności! - może zagrajmy o Cię w kości??
"Dobra" - rzecze niejaki Jezus - I rzuca oczek trzynaście.
Jezu, kurde, bez cudów! Tu chodzi o szmal, o poważanie - o życie właśnie!
Więc za tę życia ułudę do DNA wypijmy I rzućmy kości,
Lecz czemu udawać przywiązanie do wolności?




Z fryzurą na bakier

Tylko ten pukiel MI Po nich został;
W poszarzałym woreczku.
Pamiętam - gdy On pokazywał MI nową grę planszową, zagadywał: "Tu to, TU
tamto, synu",
W tym czasie, matka ścinała mnie znienacka, Po kryjomu.
Zawsze lubiłem gry. Oni też o tym wiedzieli;
Nie na darmo nazywałem ich Rodzicami.
Nie na darmo... A jednak!
Na darmo, Bo koniec gier, koniec fryzur.
Nie było komu trzymać nożyczek.

I mody na ścięcia weszły różne:
Pierwsza była zakładu fryzjerskiego, tego koło starej apteki.
Pan Mietek z głupim przedziałkiem ćwiczył na mnie swój autoportret.
Musiał być żołnierzem:
Głowa w dół, synu!? Wypiąć kark!? W lewo patrz!
Synu...?
Tylko orderu i broni nie dawał, sukinsyn.
Może i lepiej - inaczej bym go zabił za odbicie matki.

Potem weszła moda samowolna:
Coś się przycięło,? Tu i ówdzie ujęło,?
Czasami koledzy nawet się nie śmiali.

Jeszcze potem była moda "na przypadek"; z tych niby dorosłych:
Ścięła ta,? Przycieniła tamta,
Nikt nic nie widział, właściciel głowy nie pamiętał - bo i
po co?
Przecież dla nich to tylko gra.

Aż wczoraj, mała rączka otwarła dolną szufladę
Jakby zatęskniła za relikwiami starego świata.
Na dnie leżał pukiel - z zastygłym odciskiem rodzicielskiego podstępu.
Ale poszarzał...

Tylko ten pukiel mi po nich został. Nie na darmo go mam.
Nie na darmo uczę Michasia nowej gry - niech wie, niech pamięta: Mama już
nie wróci


Zawód - lokator

Gdy poznaliśmy się, była radosna, zajmująca;
Powiedziałbym, zaangażowana.
Później - gotowa do przeprowadzki.
Mnie uprowadziły jej oczy - ją, najwyraźniej, moje pochodzenie.
Nie żeby były za nie punkty, lecz - bądź co bądź - adres to nie rękawiczki,
A pochodzenie, to już w ogóle.
W tęczowych barwach były jej korale - ja widziałem tylko róż.
Taka nobilitacja! - rachowałem.
Takie podnoszące! - myślałem.
Podnoszące w oczach, I to jej oczach! - marzyłem.
Wiem - śniłem.
Pewnego dnia odebrałem klucze; gospodarz domu z wielką miotłą napomknął coś
O jej drugim obliczu - Bajdurzył...!
Skrzyczałem Go w duchu wtedy. Dobrze, że tylko w duchu - myślę teraz.
Więc wprowadziła się, do stóp do głów: w żółtą szafę, szarą komórkę,
czerwone serce.
Ja tymczasem, karmiąc się nadziejami, zapychałem lodówkę różowym kawiorem.
Lecz wszystko ma swój termin ważności:
Kawior bladł; nie nadążałem z wyjadaniem zapasów - zamówić sprzątanie...?
I znów przyszedł On, ze swoją miotłą:
Najpierw delikatnie pukał nią do drzwi rozsądku - wywaliłem Go.
Podszedł do okna na świat z naocznymi dowodami - nie patrzyłem.
Wreszcie, spróbował przez komorę do serca - tę, niegdyś czerwoną.
Zatrzasnąłem ze szczękiem, lecz wiem - powiało chłodem.
Gospodarzu, gdzie Twoje klucze!?
Chcę wpuścić Go - Chyba.
Chcę wpuścić Go! - Na pewno?
Chyba nie umiem...
Chcę, lecz chyba nie umiem rozmawiać z administracją budynku.
Na pewno nie umiem...



O zmroku, o zmierzchu
Witaj o zmroku, witaj o zmierzchu
Dziś chcę Cię pieścić słowy swymi - ?Po wierzchu?na początek...
Ach, chciałbym, wiedzieć pragnąłbym
Czyś gotowa na mych słów wrzątek,
Co jak ogień niechciany w dym
Zmieniają sprośni harcerze na wieczornych spotkań koniec,
By przy ognisku, w harcerek dłonie
Złożyć swe słowa I gesty, I siebie.
Wtedy gwiazdy usiane na niebie
Wskażą I'm drogę do rozkoszy bram.
I nie tylko Po wierzchu - oni pewnie wejdą tam...
A ja? Cóż ja - samotnie tkwię TU, żałosny człek ów
Nie ma Cię przy mnie, Sam na Sam, lecz Ty mów!
O zmroku, o zmierzchu - teraz! Pragnę Twych słów.
Więc Ty chciej szeptać, tulić mnie, pieścić słowy swymi?Po wierzchu -
głębiej się nie odważymy
O zmroku, o zmierzchu...