Jarosław Kapłon

Jarosław Kapłon urodzony we Wrocławiu. Obecnie zamieszkuje w Zamościu. Miłośnik poezji, zielonej herbaty oraz muzyki z nutą wiecznej zmarzliny. Dotychczas pracował jako muzyk w Orkiestrze Wojskowej aktualnie wraz z żoną prowadzi Studio Fotograficzne w urokliwym mieście Zamościu. Autor trzech tomików wierszy Sprawy przyziemne - (2012), Grawitacja - (2013) oraz Projekcja  - (2013). Laureat lll miejsca w l Konkursie Poetyckim im. Swietłany Owczarskiej zorganizowanego przez Portal Poetycki "PODDASZE". Wyróżniony w V Ogólnopolskim Otwartym Konkursie Poetyckim w Oleśnie "SZUFLADA".  Zdobywca lll miejsca w Ogólnopolskim Konkursie Literackim XXX JESIEŃ POETYCKA w Sławkowie. Jego wiersze publikowane były w internetowym miesięczniku PKPZin.

 

 
oswajanie chmur

w mieście lato chyli się ku upadkowi dzieci bawią się rzucając
kamieniami w plastikową lalkę która ma zawiązane oczy
leżymy na nowym dywanie z sizalu trzymamy się za ręce

czytamy na głos wiersze o wrześniowym słońcu które leniwie
przesuwa się po ścianie jak cienie żołnierzy w kierunku stacji kolejowej
gdzie zrobiona została ta czarno biała fotografia

senna mucha nie dokucza już jak w upalne dni lata nie nadlatuje z góry
niczym samolot luftwaffe leży nieruchomo obok czarnego wazonu
który chłonie łodygi kwiatów ich arterie zielonych żył jak pęk ostatnich dni

 


czarna materia

 musi istnieć coś więcej niż ja i ten pokój
może miłość która iskrzy na samym początku
najbardziej kiedy diabli biorą rozum
odwróceni ku sobie zlizujemy bitą śmietanę
ze wszystkich części ciała

później wpatrzeni w fototapetę Nowego Jorku
palimy na spółkę ostatniego papierosa
przy otwartym oknie słuchamy muzyki
człowiek ma chęć wyjść na balkon
wszcząć rewolucję

 

 

gorączka

śni się piasek suche miejsca na skórze złuszczone niczym okładki książek
szamani całują się w czoła i smarują czerwoną gliną
ich skóra ma kolor zachodzącego słońca gorączka rozgrzewa umysł do czerwoności

przesypuje pamięć z miejsc na miejsce jak dno wyschłej rzeki
za plecami niedokończony obraz nieruchomo lśni na tle urojonych krajobrazów
w głowie szukam melodii wyśpiewanej przez Morrisona

odległa część pokoju drży na miarę miraży żar z papierosa wypala dziurę
w czerwonej tapicerce samochodu fatamorgana jawi się niczym oaza
w morzu światła zielonych krzaków zielska dojrzałych kobiet z błękitnymi oczami

na kształt źródeł popijam tabletki i czekam aż spełni się przepowiednia
przepisana przez lekarza

 
 

pokój

 puchną półki na książki nie ma już miejsca
na światło z głośników telewizora wyfrunęły
wszystkie białe ćmy na miarę gołębi pokoju
w związku z tym więcej mówi się o wojnie

zielona herbata stygnie jak ciało na którym
brakuje kolorów miejsc na koronkowe miłości
myśli zwisają z sufitu niczym sześcioramienny
żyrandol wycelowany prosto w głowę

 
 
powodu ciszy

rozmawiamy szeptem po obu stronach stołu
suchość przenika powietrze przyszłość
płaszczy się w przebrzmiałej perspektywie

miejsca w których po prostu jesteśmy
popijamy zimną herbatę patrzymy na siebie
wśród poukładanych książek

nie ma niczego co przyciąga wzrok czasem pamięć
ciągnie się latami opisuje coś trwałego
pomimo tych wszystkich godzin wypada wierzyć

bo przecież jutra nie będzie

 
projekcja

trwa cisza jak wtedy kiedy ktoś na płynnej siedemnastce przejechał kota
chłód przenika papier i skórę przechodzę z łóżka na fotel
w rzeczywistość wymyśloną naprędce włosy elektryzują się od zimna
krew szumi w okolicach skroni przy stole cztery krzesła
 
pusty półmisek po owocach z okna widać ten sam fragment nieba
powietrze bezgłośnie przemieszcza się w stronę drzwi
uchodzi przez dziurkę od klucza