Kornelia Romanowska

Kornelia Romanowska - niespokojny rocznik '90. Studentka kulturoznawstwa,
z zamiłowania zajmująca się grafiką. Typowa zodiakalna ryba, ze wszystkimi
wadami i zaletami. Twierdzi, że w jej żyłach płynie rodowita, wolińska krew Słowian.
W wolnym czasie lubi czytać i słuchać mocnych brzmień. Przygodę z pisaniem rozpoczęła siedem lat temu, publikując na forach internetowych wiersze. Należała
do grupy poetyckiej Aurea Dicta. Laureatka kilku konkursów poetyckich, na swoim koncie ma wydane dwa tomiki, a w listopadzie ubiegłego roku ukazała się
jej debiutancka książka "Puszka Pandory" . Miłośniczka zwierząt, zapalona fanka
kawy z mlekiem, zakochana w życiu.



Mam cię w żyłach
W piersiach masz miasto ospałe i spokój, którym
nasiąkamy za dnia - niepewne staje się prostsze,
  gdy spleść można w siebie ciała napoczęte.
  A usta drżą zrośnięte w bujne misteria.

  Wpraszasz się we mnie słodkim snów
  brzmieniem, bliskością pasteli wyjętą
  z głowy - a ja milczę, bo ciszą zaspokajam
  głód.

  Zmienimy się w akustykę i poprowadzi nas głos.
  Łamiemy się pod naporem marzeń i chylimy
  ku wierze, gdy poranek świeci w oczy.
  Włosy roztopią się w cudzych dłoniach i znikną,
  gdy będziesz tańczyć na kościach.

  Mam cię w żyłach - smakujesz pod językiem 
cierpko i kusząco, więc bliżej we mnie wejdź.
  I mocniej pulsuj w krwi.

  W piersiach masz deszcze i cudzołożnice, które
  leżą na progu - prawda staje się trudniejsza,
  gdy z ciała można wybierać.




Béla Lugosi w pośmiertnym fraku

Znowu nam przyjdzie schować czterogłowe smoki pod poduszki : miasto musi spać,
  by drzewo urosło z pnączem pomiędzy szyjami, tak - mocniej wepchane 
w gniazdo brzuchomówców. Spiąć można ich dłonie i klamki ściągnąć z niedomkniętych
drzwi. Ale mimozy nie oddychają. Światło pod skórą zgasił, gdy pierwszy
  dotyk oszpecił wnętrze.

  Toczą nas ognie, rozgrzane zmysły : toczą pośmiertne marzenia,
  miasto powszednieje. Pamiętasz ten cierpki smak na języku? Bolą rany
  otwarte wiarą. Bolą od betonowej zadanej pokuty. A on śpi nad 
wydechem spalonych płuc.

  Przyjdzie nam zmierzyć się z cielesnością : musimy iść w choroby namiętne,
  aby wznieśli nam pomniki kruche, tak - ściśle przylegające
  do chłodnej ziemi nieurodzajnej. Możemy wejść między dźwięki a krzyki,
  pochyleniem żłobić potworności. Możemy.

Jego, nas, ich - toczą wieczne pół namiastki : niszczą zdarte rękawy,
  by mogło urosnąć pokolenie mędrców - wepchną w piersi gałązki słów,
  po kręgosłupie przejadą mrozu batem.

  Znowu przyjdzie nam utknąć w pół zdaniu : miasto musi żyć,
  bo schody wpełzają mocniej w tętnicę - tak - szybciej grzebią popiół
  z wiotkich dłoni.



Zaprawdę powiadam ci – noc jest długa

Jak - pytacie - zamknąć się w ciało niebieskie,
swobodne tonacje ruchów, dłoni splątanych
w szepcie warg i spojrzeń pomiędzy granicą a łóżkiem,
gdzie bariery - są, owszem - nieruchome, niewidome,
niemożności już koniec, powiesz.

Chciałabym - mówisz - teraz, najlepiej od razu, szybko,
bezboleśnie i powoli, z torebką w dłoni, szpilce na nodze,
na podłodze, na ruchomych schodach w markecie, przy tym
wzgórzu, w lesie, by ludzie mogli, jak ja, patrzeć
na gwiazdy, na twarz stężałą, na potęgę i moc, na
całość.

Na miejscu - jesteście, pogrzebani - z pustką w
ubraniach, jak wczoraj, jak zeszłego lata,
na przymus, na wyrok.


Mógłbym - szeptasz - zatrzymać się na stopniu, na słońcu
zawiesić oczy, dotknąć serca przez skórę, przekłuć żyłę, gdzie
zamilkłaś, powiesić się na haku z twych pomruków. Mógłbym.

Gdybym chciał zostać ciałem niebieskim.



po-nauka kreatywnego pisania

piszę trwale atramentem długopisem
prosto w serce piórem z tuszem

w głowie loty samoloty 
głowię się troję idę na łowy

myślę wiecznie pisakiem na szybie
papierem po nosie na twoim stosie


płonę



[odchowani w ziemi]

  Nie odchodzimy daleko od świata. Nie plujemy
do szklanek, nie pijemy boskich naparów.
A jednak lepsi - w kawałkach skóry, gdzie larwy
zasiały łzy przodków.

Nie przypominamy własnych myśli. Oddalone
planety na wskroś zamknięte w paznokciach
Boga. Nie jesteśmy kochani, nie żyjemy
jak nakazano. A jednak ważniejsi - w mózgi
wplecieni żyłami wspomnień.

Trudno uwierzyć, że chodzimy na dwóch nogach,
mówimy ustami a ręce potrafią złapać chleb.
Nie kłamiemy, nie sprawiamy bólu.
A jednak jesteśmy słabsi - w palcach
odkrajani zdychamy z potrzeby tlenu.