Lech Kamiński

 


Lech Kamiński
– inżynier elektryk, absolwent Politechniki Śląskiej, oficer w stopniu majora w stanie spoczynku. Ze służbą wojskowa rozstał się w roku 1983. Pracował także
w Zakładzie Energetycznym w Koszalinie oraz jako nauczyciel przedmiotów zawodowych
w Zespole Szkół nr 7, czyli w Koszalińskiej Budowlance.
Ciężka choroba nie pozwoliła na kontynuację pracy zawodowej. Ucieczką od cierpienia
i bólu stało się pisanie. Prywatnie szczęśliwy mąż, ojciec dwóch synów i dziadek trzech prześlicznych wnuczek.
Od lutego 2011 r. Członek Krajowego Bractwa Literackiego w Koszalinie. Otrzymał
II nagrodę w konkursie Anny Dymnej „Słowa dobrze że jesteście”. Zajął pierwsze miejsce w konkursie popularnego internetowego serwisu poezja polska za IV kwartał 2012 r. Jego wiersze ukazywały się w Angorze i innej prasie. Samodzielnie w postaci broszurek opracował ,wierszowane opowiadania „Szatniarz”. Tomik poezji miłosnej „Miłość
z jesiennym liściem” wydana przez koszalińskie wydawnictwo KryWaj, cieszy się dużym zainteresowaniem. Dodatkowo poprzez WFW wydał książeczkę wierszy szpitalnych „Wiem że idę... Nie wiem czy wrócę. Ma wspaniałe opinie wszystkich recenzentów. Te wiersze, jak napisał poeta Józef Baran, „ … trafiają prosto do serca, a właściwie przyprawiają o skurcz serca, są fizyczne jak ból, jak płacz.... „ ( pytać w księgarniach )

Dodatkowo autor prowadzi grupę poezji na Facebooku. Zarejestrowanych
jest tam ponad 3300 członków. ( https://www.facebook.com/groups/poezja/ ) Jest też autorem własnego blogu poezji,
http://leszek-blog.blogspot.com/, który jest licznie odwiedzanym miejscem.
Kontakt z autorem przez: leszek@dkam.pl


 

Dla Mai

Ją Bóg powołał na świat
widocznie było potrzeba
malutkie serce otoczył kocykiem bólu
dlaczego 
czy musiał

Czy serce nie drżało gdy stworzył
malutką kruszynkę do życia
czy nie widział że przecież coś nie tak
jaki cel przyświecał Nieomylnemu

Malutkie rączki igłami pokłute
 wyciąga Maja do mamy do światła do życia
mama ją tuli – chce jej dać swoje serce
swoją krew dla niej utoczyć

Całuje wykwity krwawe na rączkach
głaszcze delikatnie nieporadne ciałko
co jeszcze ma zrobić jej oszalałe serce
kogo prosić

Kłaniam Ci się nisko Panie Boże
wysłuchaj mojego bólu
serca skurczu żałości
przecież brakuje jej tak mało
a jednocześnie...  bardzo wiele



Haniu

Na skraju życia - kolorowej jesieni
spotkałem cię Haniu twe serce anielskie
polubiłem cie a ty moje wiersze
dajemy sobie wzajemnie
to co w nas najlepsze
Teraz Haniu
i dla ciebie piszę swe wiersze



O czas

Niezbędna chwila do życia
dwie igły - siostry w potrzebie
wypiją krew czerwoną - by istnieć

To nic że udary żaru
fizjologia staje się panem
a moje ciało - obce

Chłód posadzki orzeźwi czoło
utulony w oddechu Pana
przeżyć – bo jeszcze nie czas

Zbiegły się anioły
fartuchami białymi trzepoczą
eliksir do żył tłoczą - sól życia
ponownie błyski myśli

Wygrałem - ile razy



Wnuczka

Odrobinka życia kruszynka szczęścia
w objęciach dziadka się tuli
zanurzona w nim cała w spokoju i zaufaniu

Otulił ją ręką jak ona cała
W jego oczach uczucie bezgraniczne i wielkie

przy końcu drogi spełnienia



Żołnierzu

idziesz bracie Polaku
upaprany w trudzie i znoju
tam gdzie posłał cię rozkaz
gdzie wskazała Ojczyzna

na końcu świata kraina
panują tu inne prawa
masz ich nauczyć wolności
która ilością pocisków się mierzy
wszystko jest tu wrogie
piasek do ust się wciska
słońce znów poty ostatnie
wróg czai się w każdym rowie
bomba zdradliwie wybucha

marzysz o swoim domu
ta ziemia jest ci obca
w domu krząta się żona
przy kolacji – bo właśnie jest piąta



Ból jak kochanka
(pilot wydania wierszy szpitalnych )

poznasz go jak kochanka
z nim będzie ci do twarzy
będzie cię gnębił i gnoił
a ty... będziesz mu wdzięczny

bo kiedy rankiem wstaniesz
po jak zwykle nieprzespanej nocy
i nic cię nie strzyka w kolanie
czy już nie bolą cię plecy

to znaczy że żyjesz kochanie
że za oknem słońce świeci
i że cieszą się nim motyle
i ptaki które o brzasku śpiewają



Wiosna

Nazywała się Wiosna

Tańczyła wśród kwiatów
drobnym deszczem płakała
kazała grać świerszczom

Świat zazieleniła
pola drzewa krzewy

I odeszła
po cichutku - nie wiadomo kiedy

Cichuteńko - jak wiosna



Nad wybrzeżem morskim

gdzie plaża z falą morską
odwieczną toczy wojnę
łabędź że swą dumą pod pachą
kroczy wśród mew drobnicy
głowę trzyma wysoko
by bractwo czuło szacunek
wiedziało że o niego tu chodzi
że on tu najważniejszy

mewy go obsiadły paciorkowato
czekają z nim na łaskę człowieka
na chleba kawałek
by go podbierać łabędziom

białe fregaty w powietrzu
zwinne i szybkie
nie boją się fali wiatru i sztormu
w najgorszą pogodę wierne morzu
jak by przysięgały

my tu na zawsze



Spójrz w me oczy

co widzisz
jest w nich wiosna
kwiatów łąka
ptaki plotą swoje gwiazda

wszystko to jest w mych oczach
a głęboko
na dnie

ty tam jesteś na zawsze



Dzięki

za twój ból narodzin
ramiona matczyne
proszę bądź ze mną
gdy swój los przeżyje

przepiękne są twoje łzy



"Żołnierzom „wyklętym”

Stanęli jak trzeba w szeregu
broń w ręku mocno ściśnięta
mundur pogięty nieświeży
granat im brzuchy uciska
w oczy im nie patrz
bo błyska wściekłością

za swoją krzywdę do walki stanęli
za wolność pogardzili swoim życiem
a śmierć - jest im bliska



Góry moje

góry moje na zawsze pokochane
miłością wielką nie zdradzone nigdy
kocham wiatr który szaleje nad wierchami
deszcz który pobudza do nostalgii głębokiej

mgłę która granie otula
ciszą smaga moje uszy
sam i góry
głazami jak perłami na szlakach poprzeplatane

szlak usiany zachwytem
dla oczu - granie
dla uszu szum - strumyka
wśród kamieni tańczy wody toczy
wolny nieujarzmiony jak serce górala

jeziorka szmaragdowe
usłane w słońcu milionami iskier
tworzą drogę świetlną
prowadzącą przez środek
do samego nieba

turnie i wąwozy ścianami skał otoczone
wiatrem rzeźbione mrozem popękane
kościelne ściany do nieba
kaskadami wody jak witrażami zdobione

kocham smreki wysokie dumne
nie kłaniające się wichrom ni śniegom
połacie kosodrzewiny granie obsiadły
walczą o przestrzeń do życia
gdzie już nic więcej nie stanie

losie okrutny pozwól z nimi na wieki
gdzie serce moje
gdzie moje oczy
nie odmawiaj proszę ostatniej posługi

zabrałem kosodrzewiny gałązkę
razem z zapachem szumem wichru
posadziłem w ogrodzie
rośnie - jak wspomnienie
boli - jak tęsknota

przycinam ją czasem



Na prawo od grani

sosna wyrasta wyniośle
drzewo dumne tutejsze
w niej - dusza górala

myślę o lecie
ciepło porusza serce
spodobała mi się góralka
z warkoczem rozwianym na wietrze
to nic że nie ma wianka
przecież są góry i łąka
kwiatów cała gromada
a wszystko pachnie cudownie
krew burzy - miłością szaloną

może przyśni mi się - góralka



Pomaluj

mi świat na niebiesko
w najbardziej błękitnym kolorze

zamaluj wojny
falę głodu zamaluj

wszystkim uśmiechy wymaluj
a najpiękniejsze dzieciom

zakochanym - namaluj szczęście
niech się sobą nacieszą

dziadkom - szczęśliwą starość
bez bólu i utraty rozumu

najlepiej wszystko zamaluj
w różowym kolorze nadziei

niech będą różowe uśmiechy

........................

Troski

podaruj mi troski swoje
marzeniami je ozdobie
wypiorę w śmiechu dziecka
i z kłopotów rozbiorę

powieszę je - na gruszy
niech przesiąkną jej kwieciem
jak słonko je wysuszy
i wybieli głęboko
aż do duszy samej
staną się miłe

podaruj mi swoje troski
proszę

.................

Szabelki

kochamy szabelki
miło swojego wroga mieć
wymachiwać szabelką
śpiewać - że na stos...

nie będzie nas Rus
wodził za polski nos
my mamy szabelki
biedny wroga los

nieważne że świat się śmieje
ze żyjemy wciąż wśród gaf
mamy swoje szabelki
za wszystko winien wróg

nie ma wroga - znajdziemy
kryje się wśród nas
po to mamy szabelki
niech drży każdy płaz

.................

Jestem

przy tobie wierszem
jestem wiatrem i słońcem
zawsze i wszędzie jestem

gdy targam twoje włosy
gdy po policzkach cię głaszczę

gdy obmywasz swoje ciało
wtedy też jestem
ciepłem przy Tobie

gdy twoją sukienkę gniotę
jak urwis - wiatr
tak jak wiatr
bo - jestem





Proszę

daj mi swoje kwiaty
zastygły w nich twoje oddechy
pobłogosławione twoim wzrokiem
uśmiechem wybarwione

ususzę twe uśmiechy
pod poduszkę włożę
przyniosą sen lekki

o tobie...





Ptaki

zleciały się czarne ptaszyska
dziobią na lewo i prawo
na oślep zabierają z sobą
opętane myślą obłędną

jeszcze nie jestem gotowy
ptaszyska od siebie gonię
chociaż dotrwać do jutra
wytrwać do kolorowego świtu

to nic że sił już mało
że coraz dalej do wiosny
wołam cię biała damo
przyjdź ucałuj mnie teraz
jak matka

ona całuje bez bólu