Małgorzata Malangiewicz

Małgorzata Malangiewicz
 Urodzona w Warszawie w 1975r., z wykształcenia - pielęgniarka. Rozkochana
w przyrodzie i Podlaskich pejzażach. Podróże przez pustkowia i bagna z aparatem fotograficznym są  dla niej najlepszą formą odpoczynku. Od dziecka towarzyszyła jej literatura, poezja i teatr. Wygrana w ,,Warszawskim konkursie jednego wiersza
,,w latach 90- tych była debiutem poetyckim, który dał motywację do szlifowania warsztatu i wiary we własne pióro, jednak dopiero w 2010r. ukazał się pierwszy tomik wierszy pod tytułem ,, Historie wierszem pisane." Jest to zbiór wierszy pisanych od lat pisklęcych a wszelkie niedociągnięcia, błędy stylistyczne i ,,kwiatki" w postaci np. zaimków osobowych pisanych wielką literą są pozostawione celowo, by ukazać drogę ewolucji wierszy autorki. Zaledwie rok później ( 2011r.)ukazał się drugi z tomików,
pod tytułem ,,Między oknem a ciszą" zawierający około setki wierszy, pisanych rymem, zebranych w tematyczne rozdziały i opatrzone grafikami zdjęć. Miłość i próba oddania piękna przyrody są tematem przewodnim w tej książeczce.
W czerwcu 2013 r. światło dzienne ujrzał trzeci zbiór poezji autorki pt. ,, Bukiety polnych melancholii. "  - Tu głównym bohaterem jest ,,życie ,, wraz z jego dobrymi
i złymi chwilami, refleksje nad nim i tym co przyniosło.  Więcej szczegółów na stronie
www.wiersze-serena.pl/


Choć tyle to już lat

pulsujesz w pamięci natrętnym obrazem
na niewiele zda się masowanie skroni
gdy myśl sama sobie wolnym jest żeglarzem
w oceanie wspomnień bezradnie utonie

miłość cię nie wskrzesi zapomnieć nie sposób
w sen uciekam chyłkiem na nowe spotkanie
by spragnione wargi pukiel miękkich włosów
wypieścił szelestem i cichym szeptaniem

wstyd już odrzuciłam za późno o wieki
zmysły wszak przy tobie niewinność straciły
kiedy cień twój padał na senne powieki
krew w lawę przemieniał oddech stapiał żyły

mgnienie szczęścia ktoś mi przesłał w podarunku
zachowam spojrzenie od wiosny zieleńsze
a smak ostatniego twego pocałunku
zliżę z ust samotnych schowam między wiersze



Dwie drogi

gdy u schyłku życia drogi nam się zbiegną
pozwalając wreszcie ukryć się w  ramionach
twoja będzie prosta i jasna na pewno
moja  - kamienista i nieoswojona

dobrze wiesz daleko było mi do jutra
bez kompasu mapy ni niczyjej rady
dziecię w płaszczu z deszczu - ot historia smutna
do snucia przy kubku gorzkiej czekolady

samotni choć losy splatały się dziwnie
wpadaliśmy sobie pod nogi ukradkiem
nieświadoma jeszcze wierzyłam naiwnie
że się te potknięcia nie skończą  upadkiem

z płatków róż wróżyłam w którą mam iść stronę
kiedy wiatr je przywiał z obcego ogrodu
dziś z łatwowierności tylko śmiać się mogę
drżąc od wstydu uczuć jesiennego chłodu

kaleczyłam stopy o ostre żwirówki
skały nagie przeszłam o wodzie i chlebie
ale nie żałuję tułaczej wędrówki
przecież wszystkie ścieżki wiodły mnie do ciebie



Mapa do wysp szczęśliwych

rozdzielam na czworo łyk zimnej herbaty
zaraz świt się wkradnie bezradną powieką
za noc nieprzespaną żądając zapłaty
i zmęczony anioł odleci daleko

dedykacje  splamią  poprawne liryki
wyszukane frazy nagle spowszednieją
tylko ogniem  Elma ostatkiem sił kipi
niedopałek świecy gasnący nadzieją

chcę odciski szeptów pogrzebać pod piaskiem
w zapomnianych ziarnach na wymarłej plaży
w dziecięcych mirażach pod szklanym obrazkiem
w okruchach zwierciadeł wraz z mgnieniami twarzy

dziś tylko zaliczam niedorosłe porty
smakując cierpkości niedojrzałych  spojrzeń
namiastka spełnienia gdy w żyły się sączy
gorycz rozczarowań spopielałych dążeń

zgubiłam gdzieś mapę na wyspy szczęśliwe
a kompas wiruje w rytm tłuczonych luster
w odłamkach wspomnienia chichoczą złośliwie
tak wiele zostało - tylko dłonie puste



ROZMOWY Z KOTEM

Zobacz kocie , wróbel siadł na parapecie.
Ktoś w dobroduszności bułkę mu rozkruszył.
A tam, ćma zasnęła w jesiennym bukiecie.
No i co leniuchu, nawet się nie ruszysz?

Kocie, zbudź się wreszcie - masz tu trochę mleka.
W filiżankę wlałam, jak dziadek przed laty.
Na przegięcie grzbietu tak długo już czekam
gdy prostujesz miękko, rozespane łapy.

Już i słońce nisko za horyzont schodzi
a ty słodko drzemiesz  w dziadkowym fotelu.
Wróble, myszki, mleko - nic cię nie obchodzi.
Nie wiem już jakiego użyć mam fortelu.

Patrz, nadeszła pora czaru baśniowego.
Zaraz wyjdą z kątów tkające sny wróżki.
Milczysz - nie rozumiem zupełnie dlaczego.
Kiedyś mi mruczałeś bajki do poduszki.

Kanarek ci kocie tuż nad uchem ćwierka.
Czyżbyś już odpuścił drażniącym cię ptakom.
Pochylam się nisko, wdycham woń futerka.
Dziwnie kurzem pachniesz, choć niegdyś tabaką.

Dawniej to ty zawsze rankiem mnie budziłeś
łaskotaniem wąsów i figlarną minką.
Kiedy żył mój dziadek, bardziej mnie lubiłeś...
No tak... zapominam, że jesteś pacynką.



Motyle umierają we mgle

mgła niczym kot ślepy snuje się bez celu
ociera o nogi przydrożnych topoli
bezszelestnie stąpa po strzępach papieru
niewysłanych listów i pragnień - to boli

brzozy pachną jutrem słońcem przesączone
ciepłym znakiem krzyża na pieczonym chlebie
niby takie same a jakby zmienione
tułają się myśli bezdomne - bez ciebie

za oknem świt kruchy - motyl z porcelany
jeden szept zbyt głośny marzenia roztrzaskał
może kiedyś dobrnę do swojej przystani
godząc się z przeszłością lecz dzisiaj - to farsa

zmrokiem każda ścieżka wspomnieniami grzeszy
i kamień na drodze łka słoną wilgocią
brnę z przyzwyczajenia w kolejne oddechy
zmagając się z życiem i sobą - lecz po co

 

Kamienny anioł

wyklułam się z granitu
świt zbyt miękko naznacza źrenice
nieznajome cienie tłoczą się przy kolebce
lękam się światła

bezradność nie da się oswoić
zbyt słaba by unieść głowę
węszę jak suka ulotną woń potu
drżąc w oczekiwaniu

samotność pobudza wyobraźnię
w szklanym pałacu myśli też są przezroczyste
sięgam głęboko w przyszłość
tak różne są sposoby umierania

a może to już czas
by zejść z alabastrowych cokołów
I tak wszystko na próżno
kamienne anioły nie unoszą skrzydeł