Marian Kustra

Jestem poetą, prozaikiem, eseistą. Piszę od kilkudziesięciu lat. Wydałem kilka tomików poezji, poematów.

Na wydanie czekaja powieści historyczne, biografia o profesorze Marianie Kamilu Dziewanowskim.Dla napisania tej właśnie biografii zostałem zaproszony przez Polonię Amerykańską do Stanów Zjednoczonych. Zebrałem materiały do książki, napisałem
i czekam na wydanie.

Jestem członkiem Związku Literatów Polskich, oddział warszawski oraz Stowarzyszenia Autorów Polskich.

 

Skarga Pogodna

Ja to już nie wiem
czy z liści oliwnych chciałbym się narodzić
czy przejść drogą na nowe świętowanie.
Moja skarga przyszła nie wiem skąd i po co,
ale przyszła Pogodna, spokojna.
Ona może i modlitwy szukała nowego czasu
bez ławek wygodnych, bez stania przed ołtarzem,
ale chciała być w tym miejscu i teraz.
Ja to już nie wiem, co mógłbym zrobić
czego dokonać, by naprawić wszystkie drzewa oliwne
i wysłać nad morze, na dywany, które przyjmują zapach,
a odpuszczają grzechy.
Pogodna przesypuje się przez wystawne stoły,
pełne wzbogacenia i śpiewu w gronie wesołków.
Zamówię powóz czerpany w cztery konie,
jak czerpany papier i odlecę wierszem, który stał się.
Jeszcze dotknę świat czystą ręką
i właśnie stanę się wierszem, przejdę na nowe istnienie.,
jak żony przechoidzą przez lustra dotykając święconej wody.



Garniec świętej wody

Pustynia Parmeńska wzięła głęboki oddech,
kiedy przez moje palce
przelewały się perliste źródła Gangesu.
I ptaki święciły triumf podmuchem wiatrów dalekich.

Garniec popękany trzymałem w rękach.
W nim świeciły wszystkie gwiazdy, mówiły echem,
minione wieki czerpały jeszcze życie.
Na szczycie ustwiła bogato zastawione stoły, historia świata.

Stało się jasne, że w moim domu zawitały źródła dobrej wiary.
Długo szukałem dróg nim odnalazłem światło,
nim przekroczyłem tamy stawiane przez życie.
A woda przelewała swoje fale,
zaczęła topić nadzieję innych uczestników ziemi.

Garniec z wodą święconą opuścił progi mego domu.
Jak chleb - niebo zaczeło smakować życie.
To niewiarygodne.
Dotychczas smutek w oczach, śpiew pokonanego
i okruchy śmierci.

Chcę żyć, mimo wyroku osłabiającego nadzieję.
Można zawsze się odwołać do udanej operacji.



Drabiną do nieba

Stare schody męczą, jak schodzone buty.
I leniwe przedeptywanie w miejscu niczego nie obiecuje.
Jeszcze tylko przekupić drabinę,
by poczuć się jak wzgórze sięgające szczytów.

Zaczniemy śpiewać, to przygotowywanie wieczności
i nauka zbliżającego się święta.
Im wyżej szczebli, tym radośniejsze śpiewanie.
Drabina do nieba jest jedna.

Tłok i przekupywanie.
Nie ma innego wyjście i nie ma darmowych biletów.
Na wejście na drabinę należy sobie zasłużyć.
To koński galop i złoty puchar, by światło się stało.

Niebo jest staroświeckie.
Staje się zaprzeczeniem postępujących wieków.
Drabina
Tylko drabina - winę i odpuszczone grzechy niosę ze sobą.

Tunelem niech jadą ci, którym spieszy się do wieczności.



Odchodzący Anioł

Garniec z wodą przez palce.
To poszukiwane jasnego okna wolności,
to dążenie do bram nieba,
które zatrzymały się na skrzydłach Anioła.

Jestem korytarzem do bram zapomnianym przez siebie.
Obłokiem kroczącym w górę Ararat.

Odchodzący Anioł jak obcęgi kowala
odrywa ścieżki od podłogi mojego domu,
bym zapomniał, który to dzień bez słońca i bez księżyca.
Otwiera się ciemnością otchłań ciemnego oka.

Jestem korytarzem zapomnianym znakiem na niebie.
Jestem górą wulkaniczną nad obłokiem.

Anioł chciał zapomnieć mego imienia,
odchodzi, a ja go ścigam choćby do bram piekła..
Tam nie odchodzą, a wkraczają,
by podać rękę dążącym do zbawienia.

Odchodzi Anioł, jak ogień na zapalonej zapałce,
gaśnie wtedy świat i smutno między deszczem i słońcem.

Księżyc jeszcze raz spojrzał mi w twarz,
zasiad w łodzi - odpłynął
a ja w szerokim oknie rozmawiam z wolnością.
Zapraszam do stołu i na dłużej między ludźmi.



Milwaukee

W Milwaukee pada deszcz.
Zamykam się w dużym domu bez nadziej nie samotny,
Na ekranie komputera
szukam znajomych twarzy w polskich filmach.
Przed domem nie poznaję nikogo.
Wszystko obce i obcojęzyczne.
W Milwaukee przez kilka dni pada deszcz
dla mnie wieczność.
Zmywam obce krople palcami
jak znużenie.
Tylko stopy odbywają spacer po ulicach pokoi.
Fałszywa pogoda w Milwaukee może być podstępna,
jak długie kalendarze
jak początek i koniec.
W głowie i nad głową i w przestrzeni warkot.
Jeszcze w nim nie uczestniczę.
Czekam swego dnia.
Jestem postawiony do pionu,
na przeciw mnie profesor. - może jedyny przyjaciel.
Nawet wyjazd do nie odległego Chicago staje się męczący.
Może nawet bezsensowna.
Tam tylko wiatry i odległe księżyce
na szczytach drapaczy niedosięgłych.
Sam prześniłem sen na wysokości dwudziestego piątego piętra.
Na ulicach radosny tłum zraszający ciało fontanną ogromną.
A ja ciągle czułem się samotny
i obcy na placu centralnym Chicago.
Zacząłem czekać na odlot w bezmiar nieba



Ogrody - ja was zapominam

Ogrody przechodzą na drugą stronę rzeki,
stają się miejscem mojego zapomnienia
Znieczulica w grządkach i popłoch.
W miejscu mojego urodzenia
na przedmieściach czarnej cywilizacji wychodziłem
młodzieniec we mnie i jaśniejąca twarz.
Zaglądałem w oczy ogrodów i szukałem promieni.
Ze wszystkich chmur zwoływałem deszcz raźny galop koni.
Czasami rannym potokiem budziłem burzę,
To pomagało kwiatom, rosły.
W moich ogrodach w czarnej rzeczywistości schodziło słońce.
Ja was zapominam ogrody, do was droga daleka,
niewidoczna dla starych oczu.
Stoję pod parasolem w deszczowy dzień i usiłuję was rysować.
Na kartkach papieru, pędzlem mistrza ogrody ożywają.
Wdzięczne to i długowieczne.



Szukam w tobie cienia

Nocą, to samotność między pościelom, a snem.
Zamykam czas przymykając powieki,
odporny, nieugięty, czasoprzestrzenny,
jak zegary osamotnione,
szukające choćby cienia ludzkiego,
choćby jednego słowa rzucone w przestreń.
Szukam twego cienia w dzień,
na bezludnej ulicy, między zakamarkami podwórek.
Nocą, to ja błądzę między jednym obrazem, a drugim.
Staję się bogaczem, kotem na dachu, albo maratończykiem.
Och, jak ja biegam.
Moje nogi niczym skrzydla
podnoszą ciało na wysokość modlitwy,
która zdaje się sprawnością, fizyczną odwagą.
Daty starca gubią się w przestrzeni.
Nocą jestem oszustem swojego czasu urodzenia.
Dobrze mi z tym, w ogrodzie gitara w mych rękach.
Nocą tunel i jego kłamstwa.
Tak obudzić się w tamtej rzeczywistości, moczyć nogi w rzece,
przytulić rozpalone czoło do chłodnej rosy trawy
i szeptać w obcej mowie sonety Szekspira.
I z cieniem toczyć mądre dysputy.
Zawsze w sobie szukam cienia, by nie pozostawać samotnym.



***

Powiesiłem wiecheć na szczycie swojej wieżycy.
Ona z górnych siedzib chmur
przesyła na moje ołtarze szczerą modlitwę
Powstają wiersze, które są echem modlitwy
Bo w sercach - ołtarzach rodzi się poezją
Zrodzona w brudzie staje się wymysłem szatana.
Wieżyce poruszają się w takt tańca,
szukają słów, melodii
by zapełnić swój czas długim pacierzem.
A ja zatrzymuję się na skraju błękitnego oka - odbicie obrazu
szukam wyjścia, by wmieszać się w tłum.
Za mną kroczą wieże kościelne.
Przede mną morze niosące szkwał.
Niosę na błekitnych ramionach ciszę i spokój życia.
A ty wyrywasz się ku szerokim oceanom
i szepczesz imię mojej przyjaciółki,
która na wieczorze poetyckim recytuje wiersze.



Maraton

Biegasz między stronami
Antylopo na skraju księżyca
jakbyś chciała znaleźć najważniejszy punkt życia,
by odkryć salony swoich poprzednich lat.
Między pokojami błyszczały złociste, szerokie ramy.
To wszystko przemawiało obrazami jednorękiego malarza.
Co za gościnność między domami, kiedy ruszały maratony.
Co za gościnność malarza w otwieraniu skarbnicy.
Ty byś się tak szeroko nie uśmiechała,
przy drzewie Baobab
A może dom przy nim buduj, bo tam wszelka gościnność
i talerz dobrej zupy dla wędrowca, albo maratończyka.



Kiedy u nas takie przemijanie

Pociesz mnie opiekunko mojego życia,
zapal gwiazdy nad aureolą
niech nie gaśnie dzień.
Słońce wysokoi wiersze jeszcze mówią ludzkim głosem,
a ty już łoże ścielesz przed następnym porankiem
i mówisz gwiazdom dobranoc.
Pociesz mnie na przemijanie
na starość i na śmierć.
Na wszystko, co było i będzie.
Oczekuję gołębicy, jak pierwsza strzała.
U wrót mojego domu zegar odlicza godziny,
uśmiecha się tarcza
i mgła unosi się z nad mokradeł.
W moim przemijaniu tworzą się wiekowe obrazy;
jazda konna, piechurzy, szczęk broni, krzyk wojny.
To przemijanie ziemi moja droga.

 

 

Pieśń: Talerz

Gościniec szeroki, jak szerokość łąki
i talerz wykwintny jadłem.
To są moje przerwy w podróży i odpoczywające jesienią liście.
To takie wszystko umarłe, jak koniec jesieni.

W przeddzień kuchennych rewelacji
szykują się złote nakrycia i politura zaczyna świecić.
A to przecież smak i nadzieja na dobry talerz.
Kiedy wszystko dookoła takie cienkie, niepewne.

Postawią dzbany z wodą źródlaną do węgierskiej karty.
A goście pochyleniem głowy wielka dziękczynność i modlitwa.
Potem krzesła zaczną się rozstawiać i otwierane drzwi światło dnia.
Moja dziękczynność, to życiowy raj dla zdobywania serca.



Pieśń: Droga Mleczna

Jesteś pogodynką i spadającym deszczem w moich ramionach.
Niech cię utuli każda pora roku wyznawco ziemi.
I niech oddadzą tobie wiarę, w przeciwnym razie odejdą drzewa.
I to będzie, a nastąpi jedyne pożegnanie z tym światem.

Niech cię utuli droga, gdzie swą biel odkryło płynące mleko.
Tam cisza pod słomianym dachem i wiejska muzyka skrzypiec.
Ja nie wierzę w złodzieja księżyca ale niebo ciemne.
I nie przemawia to wszystko już do mnie, nie rodzi się kwiatem.

Mleczną drogą przelatuje rowerzysta szukając torby listonosza.
On zawsze o jednej godzinie dzwoni dzwonkiem rowerowym.
I rozdaje listy i dobre nadzieje, jak św. Mikołaj i jego renifery
To wcale nie znaczy, że tęsknię do śniegu i śladów sanek.

To tylko takie skojarzenie przy mroźnej pogodzie.
Drogą Mleczną potrafi ślizgać się gwiazda, kiedy nie zamarza woda.
Stoją tam święci, którzy jeszcze oczekują na otwarcie złotej bramy.
Tylko Piotr jakiś niecierpliwy, kaszlący kluczami brzęczy.

 

Pieśń: Jako oskarżenie

Usiadłem na skraju dróżki, zimno
i rozpieszchłe wiatry dzwoniły zębami.
Usiadłem na skraju, by zaszczycić się dobrym śpiewem.
Pękały ściany, jestem wzruszony, oklaski szły, aż pod dach.

I lotne piaski ponad most, co tracił przęsło.
Tam spadł kamień i odpadło następne przęsło.
Traciło się wszystko, jakby coś zaatakowało albo rdza jakowaś.
Malowanie, to późna zwrotka, ani farba, która leczy.

Jest oskarżenie zdarzeń, wyjątkowej chwili i wieku.
Na pożegnanie należałoby sprzedać, to ,co pozostaje i iść dalej.
Most zawsze znajdzie swoje miejsce, nawet ponad lotne piaski
o zapominanym czasie, jaskrawa przepustnica, jak słodkość.

Nie będę zapalał światła w moim mieszkaniu,
kiedy biurko i krzesło moja praca stają się wyrobnikami.
Czystą firankę w oknach już nie otwieranych na rzeczywistość.
Pozostawię siebie, moje myśli i ciemny pokój i zapomniane wiersze.

 

 

Marian Kamil Dziewanowski

Kamil Antoni Dziewanowski, ojciec pana Mariana zostaje spadkobiercą trzech majątków: Lipniki, Żalin i Wólka Żalińska. Każda z tych dziedzictw liczy przeszło 300 hektarów ornej ziemi, w tym dochodzą łąki i lasy.

Są, to majątki położone między Łuckiem, a Równem, nad pięknym Horyniem,
przy południowym dopływie Prypeci.

Dwór, jego utrzymanie niewiele pana Kamila zajmowało, ciągle bywał w rozjazdach,
na wizytach u przyjaciół, przy suto zastawionych stołach. A jeśli nigdzie nie wyjeżdżał, spraszał gości i tęgo z nimi popijał.

Chwalił się doskonałym opanowaniem jazdy w siodle, celnością w strzelaniu
do zwierzyny.

We wcześniejszych latach służył, jako podchorąży rezerwy w jednym z pułków kawalerii rosyjskiej. Był czas, gdy podjął sudia na Uniwersytecie Św Włodzimierza w Kijowie.

Natomiast matka chłopca – Zofia z Kamieńskich, pochodziła z bardzo bogatego ziemiaństwa. Była cichą, skromną kobietą, stroniąca od wszelkich zabaw, oddana jedynie rodzinie. Wszechstronnie wykształcona - ukończyła Wydział Polonistyczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Większą część, wolnych godzin spędzała w bibliotekach, wśród ulubionych książek. To był jej sposób na życie i... na chwile odpoczynku
– swoista ucieczka od codziennych problemów.

Pani Zofia była przeciwieństwem męża – hulaki, znakomitego tancerza, człowieka pełnego humoru, lubiącego towarzystwo.

 

Marian Kamil Dziewanowski przyszedł na świat 27 czerwca 1913 roku – w upalne popołudnie.

Wiek dziecięncy nie zapisał się w historii jego życia okresemspokoju, zabaw z ojcem, czy z matką, czytającą chłopcom książki. Marian miał brata.

Rodzina została zmuszona do opuszczenia dworu. Ewakuacja nastąpiła w wyniku klęsk wojsk rosyjskich latem 1915 roku. Wtedy to rodziny przerzucono w głąb imperium carskiego, tym samym chroniąc przed działaniami wojennymi.

Dziewanowscy byli w o wiele lepszej sytuacji, niż inni - nie musieli pokonywać męczącej wędrówki, z miejsca, na miejsce, w poszukiwaniu "przystani".

Na Ukrainie Naddnieprzańskiej posiadali krewnego – Adolfa Dziewanowskiego, który gościnnie zaofiarował im jeden ze swoich majątków, Antonówkę, koło Humania.
Tam postanowili poczekać, aż świat znowu się ze sobą dogada.

Z tego okresu życia Dziewanowski niewiele pamięta i niewiele zapisuje w swoim pamiętniku niepoprawnego optymisty "Jedno życie, to za mało".

Ich ród bierze początki z pobliskiego Dziewanowa. Mogą również szczycić sie bliskimi stosunkami z Fryderykiem Chopinem, którego goszczono w Szafarni, na zaproszenie Dominika Dziewanowskiego, włąściciela okazałego dworu.

W pamięci Mariana plącze się Wigillia z roku 1916. Stół, co prawda nie uginał się
od przepychu jadła, jak, to kiedyś bywało, ale przy nim zasiedli najbliżsi: matka, ojciec, babka ze strony matki – Michalina Kamieńska, z domu Żwan, jej brat – Marcin Żwan oraz starszy syn matki – Lucjam Kamieński, z żoną Katarzyną, z domu Sosnowscy.

W tydzień po świętach ojciec ponownie wyjezdza do Kijowa, wraca po trzech i pół latach.

Upłynęły dwa lata względnego spokoju, w Rosji zaczęły się zamieszki na ulicach miast
– przedsmak rewolucji, przejęcie władzy przez bolszewików. Obalono carat – zmuszono do abdykacji Mikołaja II.

Główną przyczyna rezygnacji cara z panowania nad Rosją byłanajprawdopodobniej "krwawa niedziela" w Petersburgu. 22 stycznia 1905 roku.

Zorganizowano 200 tysięczną demonstrację robotniczą. Miała mieć charakter pokojowy, została poprowadzona przez popa – agenta, prowokatora Ochrany, Gieorgia Gupona.

Chodziło tylko i wyłącznie o zaapelowanie do cara o poprawienie bytu robotników.

Pod Pałacem Zimowym demonstranci zostali jednakże zaatakowani przez wojsko. Krwawo rozliczano się z robotnikami – zginęło około 100 osób, rannych zostało 300
(są to dane policji, a więc zapewne zaniżone). Wydarzenie wywołało oburzenie w całej Rosji.

Szybko powołano rząd tymczasowy, który jednak nie poradził sobie z niepokojami
w kraju, z ciągłymi zamieszkami na ulicach, z niepewnością jutra.

Na prowincji żyło się jeszcze spokojnie, jeszcze chłopi nie burzyli się przeciw "wyzyskiwaczom". było to wszystko prowizoryczne, pozorne, na skraju wybuchu społecznego. Fala zamieszek mogła nadejść w każdej chwili. Wędrówki agitatorów podążały w różne miejsca kraju. Na swoją stronę przyciągano chłopstwo propagandowymi hasłami: "Ziemia dla chłopów". Obiecywano sprawiedliwy podział "pańskiej ziemi", aż wreszcie zaczęły się kradzieże i morderstwa.

Ukraina stawała się miejscem niebezpiecznym. Ojciec Mariana jeszcze lekceważył odgłosy bratobójczej wojny, jeszcze wierzył w załagodzenie zawieruchy... ale nie mogło trwać, to w nieskończoność.

Do Antonówki schodzili chłopskie delegacje, podburzane przez skrajne ugrupowania.
Z dnia na dzień, z coraz większą natarczywością domagano się podziału ziemi.

Marian Dziewanowski kończył cztery lata, a jednak te groźne wydarzenia mocno utkwiły w jego pamięci.. W wspomnieniach nie pisze o latach bolszewickiej napaści,
ale o osobistych przeżyciach.

Ranek listopadowy – zimny, deszczowy, nakazał rodzinie Dziewanowskich w popłochu opuszczać Antonówkę. Bandy bolszewickie napadają na wszystkie zamożniejsze domy, a tym bardziej "dwory pańskie". Niszczono, kradziono, mordowano, na koniec podpalano, kamień na kamieniu nie zostawał po "krwiopijcach".

Tak też uczyniono z Antonówką. Kiedy Dziewanowscy odjechali na odległość około ćwierć kilometra, dwór zaczął płonąć.

Przedmieście Humania powitało rodzinę ciszą i spokojem. Najcięższa fala rabunków, gwałtów, linczowania carskich policjantów odeszła.

Rządy w mieście sprawował już "rewkom" – komitet rewolucyjny.

Zamieszkano u krewnych, Tchórzewskich - w dużym, pięknym domu, otoczonym parkiem i sadem.

Dziewanowscy zostali zmuszeni, dla bezpieczeństwa przybrać inne nazwisko. Za złoty zegarek ojca kupili dobrze podrobione dokumenty. Przy swoim, rodowym nazwisku, nie wiadomo, jak skończyłaby się ich ucieczka z Antonówki do Humania.