Paweł Ostaszewski

Jestem młodym, ambitnym poetą, który próbuje odnaleźć alternatywną przestrzeń w otaczającym nas świecie. Piszę od kiedy tylko pamiętam i poważnie traktuję to, co robię. Moim marzeniem jest wydanie własnego tomiku. Inspiruję się wieloma wspaniałymi osobami, wśród których mogę wyróznić między innymi : Jacka Kaczmarskiego, Przemysława Gintrowskiego czy też Marka Grechutę.

 

 

Dla (W)

(W)iele słow kierowanych, ku nieznanej, pięknej przyszłości,
(W)ątków chwil, z zapatrzeniem odwzajemnionej miłości.
(W) słodkich snach żyłem wiatrem, który trwał w Twych włosach,
(W)iatrem tym, który serce pełne uczuć,
(W)yniósł pod niebiosa.
(W)alką dzień, gdy to serce bije za daleko,
(W)iarą chwila, gdy utonę, pod Twych ramion rzeką.
(W)ariat ze mnie, lecz Kocham Cię, niczym pierwszy szept wiosny,
(W)iedz, że bije dla Ciebie, każdy impuls miłosny.
(W)elon na Twej głowie,
(W)ampirzym pragnieniem.
(W)iecznie trwaj w moim życiu,
(W)ichury złotym natchnieniem...

 

 

Gdybym był Twoim wampirem

Gdybym był Twoim wampirem,
nie dopuściłbym do Ciebie, cieni czarnych przemyśleń.
Ziściłbym to, do czego wieczne chwile dążyłem,
nie oszczędzając mnóstwa bezsensownych istnień...

Tak delikatnie, tak rozpaczliwie,
z ust do ust w miłości chłodnym uścisku.
Odgarniając Twe włosy, z twarzy pożądliwie,
byłbym ucieczką, dla Twych spragnionych zmysłów...

Stałbym się strażnikiem Twej duszy,
w jednym momencie wszystkich wrogów, w proch obracając.
Odnalazłbym każdy Twój uśmiech, który się w ślepym gąszczy zawieruszył,
bezustannie, jak wariat, szaleńczo kochając...

Będąc głusi na hałas zewnętrznego świata,
będziemy trwać własnym życiem.
Ręka z ręką w jedno splata,
a każda wspólna  chwila niezapomnianym odkryciem...

Lecz choćbyśmy spotkali nierozumne trudności
i choćby świat opustoszał z miłości,
będę wciąż wiernie podążał do Ciebie,
bo Tyś najjaśniejszą gwiazdą na niebie...

 

 

Mordu narzędzie

Wodospad pustej mglistości znowu opada na niepewne krzewy.
Wystrzał bladej salwy dla duszy, zagłusza warwy.
Kuriozalności nieczułej, krwi do mózgu wylewy,
łamią me skrzydła w locie, wracam do postaci Gandharwy...

Potop uczuć młodzieńczych, istna Odyseja.
Widzę jasny obraz końca, gdy przydusza mnie szleja.
A tak bardzo chciałem żyć głosem...

Kobiece zabójstw narzędzie,
wygłasza do katów orędzie -
"Idźcie wszyscy! Idźcie za ciosem!"

 

 

Wędrówka uczuć

 

Jestem nikim, chcę być kimś...
Lecząc chorobę strachu, połykam szorstkie tabletki,
umieszczam niepewności kulę, na tarczy życiowej ruletki...

Nie szukam szczęścia w przyszłości, pragnę go dziś...
Wykładam karty w szaleństwa strategii standardzie,
kolejna zanika, tonę w uczuć hazardzie...

Jesteśmy nikim, chcemy być kimś...
Z utartych zasad kodeksem na przeciw proroczej przestrodze,
giniemy wciąż jeden za drugim, oddając krwawy ukłon,
szarej załodze...

Ku nieznanym szlakom wędrując do Hims...
Resztki gubią krokodyle łzy na straconej drodze,
świat nie szanuje "nikich", patrzy na nas srodze...

Jesteście nikim, chcecie być kimś...
Odbądźcie wędrówkę pragnień,
na własną rękę,
a gdy już świat zamknie w Was uczuć
mękę,
upadniecie ostatnim jękiem...

 

 

Do niepewności

O niepewności, obrzydła nienawiścią!
Wypełniam oczy Twe syzyfową goryczą.
Dla wierutnych czarów zaplutych zawiścią,
usta kuriozalności, szeroko łzy krzyczą.

O niepewności, czarna suko zachodu!
Niszczysz, rujnujesz światy rodzące się w łonie.
Dziś bólem czarne wspomnienie, gdy za młodu,
martwiłem Tobą, aż po same rogi, me skronie.

O niepewności, Tyś w mym życiu już lura!
Kościste palce nie rozdrapią już zeschniętej blizny.
Niech przepadną czarcie prądy i strachu naruta,
nie zostawiając za sobą choćby bladej krzywizny.

O niepewności, bywaj zdrowa!
( Lub niezdrowa...)
Zatocz krąg i rozwiej szeptem ostatnie skazy.
Było i nie ma - pozostały puste słowa
i pustych butelek niechciane obrazy...

 

 

Klątwa

Malachitowa dal rozpina się arkadą nieba.
Superlatywy trwania kąsają wściekle niebyt.
Kwintesencję życia, ludzkie męczące potrzeby,
niczym ze złotego ziarna, w postać codziennego chleba.

Słońce maluje świat brudną barwą nicości,
ślepi ludzie brną w klatkę - żelazną, mocną.
Nie widzą mroku kata, który ich dusz łowcą,
nie zdają sobie sprawy ze swej egzystencjalnej małości.

Świst naboi nad głową, stała wojna nacji,
palą pokoju most, krwią przez przodków wnoszony.
Ciężkie działa techniki, złotej prosperacji,
ukazują na froncie, swe diabelskie strony.

Wszystko skończy się z czasem niczym letnie noce.
Spadnie nań nieprawych klątwy kolosalne brzemię,
przeistaczając w prawdę jawne sny prorocze,
odegrają swój ostatni spektakl na śmierci scenie...

 

 

Tęcza

Błogo kołyszę się na wiatru fali,
wsłuchany w natury bezdźwięczne odgłosy.
Tak blisko do nieba, tylko parę cali,
widząc majętność zieleni, segreguję myśli stosy...

Na przepięknym płótnie, mała czarna plama,
odrywa mój wzrok, nie daje wytchnienia.
Przyczyna od dłuższego czasu wciąż ta sama,
tęsknota za natchnieniem, pożądanie jej spojrzenia.

Pojawia się tęcza, znów jestem świadomy,
że czarne chmury przywoływane są na nic.
Głupoty, szczęścia pierwsze syndromy,
wie, że będę Jej aniołem stróżem bez granic.

Czas wracać do domu z owej pięknej krainy,
"Lecz po co wracać ? " - pyta rozum skrycie.
Wracam do anielsko pięknej dziewczyny,
którą po kryjomu, kocham nad życie.