Piotr Prokopiak

Ur. 13.03.1973r. w Szczecinku

Publikował w "Autografie", Brulionie Literackim "Ślad", Miesięczniku Literackim "Akant", Kwartalniku artystyczno - naukowym "Znaj", Piśmie społeczno - kulturalnym "Miesięcznik", Miesięczniku "Idź pod prąd", „Poezji dzisiaj”, „Gazecie Kulturalnej” oraz w prasie lokalnej. Swoje wiersze zamieszczał w almanachach poetyckich. Wielokrotnie jego twórczość była prezentowana na antenie Polskiego Radia Koszalin oraz poznańskiego Radia Emaus.

Dotychczas wydał cztery tomiki poezji : "Narodzeni z wiatru" ( Szczecinek 2007r.), "Przedcisze"( Szczecinek 2008r.), "Pastwisko losu" ( Szczecinek 2009r.) oraz Homo Hereticus (Płock 2010r.).

W 2011 roku, ukazała się nakładem wydawnictwa Papierowy Motyl jego powieść psychologiczna pt. „Odsypiając przeszłość” (Warszawa 2011r). Jest autorem tomu opowiadań „Trzecia piętnaście i inne opowiadania” (Szczecinek 2012r). W roku 2013 wydał powieść „Wzgórze Wisielców”(Warszawa 2013r.).

Laureat Ogólnopolskich Konkursów Poetyckich m.in. im. Leszka Bakuły, im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej, im. Włodzimierza Pietrzaka, „O srebrną łuskę pstrąga”. W XI edycji OKP „Malowanie Słowem” otrzymał tytuł „Poety Regionu”. Dwukrotnie dostrzeżony podczas Chojnickiej Nocy Poetów. Zdobył nagrodę główną w Turnieju Jednego Wiersza w trakcie XVI edycji OKP „Malowanie Słowem”.

Jego wiersze przełożone na angielski ukazały się w „Antologii Polskich Pisarzy Współczesnych” w Stanach Zjednoczonych.

Od 2008 roku należy do Stowarzyszenia Autorów Polskich. Drugą kadencję pełni funkcję prezesa szczecineckiego oddziału. Od 2011 roku członek Związku Literatów Polskich.

Strona autorska: www.piotrprokopiak.pl

 

 

 

1658


to było jak młot na czarownice
nagle ojcowskie dęby
zaszumiały trynitarnie
brzozy wdziały dominikańskie habity
ptak wołającego na puszczy ugrzązł
w akademiach skarlałych
słuchaczy Lutra i Kalwina

dojrzał do strząśnięcia z nóg
proch po tumultach polemik
wypluci na powikłane trakty
unoszą nad obce źródła zasuszone
czteroewangeliczne koniczyny

przypomną czasem pod rakowieckie łąki
ojczyznę wyrodną stępiałą  pod
kontrreformacyjnym ogniem i siarką
zaprawdę
lżej będzie ziemi sodomskiej
i gomorejskiej w dzień rozbioru
niż Rzeczpospolitej

są mogiły znane tylko Jahwe
gdzie darń tętni psalmami
w przekładzie Szymona Budnego
tam tęsknią do zmartwychwstania wywołani
z szerokiej drogi Bracia Polscy
czulą tabliczki w dłoniach
scio cui credidi



Noc św. Bartłomieja

zaskoczyliśmy ich we śnie
jak panienki nieroztropne
ewangelizacja przebiegała metodycznie
z czaszek dzieci
wyłupywaliśmy zalążki herezji
płynąca po ścianach krew
przybierała postacie madonny
odcięte głowy
układaliśmy w paciorki różańca
a nagie ciała rżnęliśmy
nie czekając na żniwo sądu

tej nocy Paryż
był jak świątynia opatrzności
od drzwi do drzwi
maszerowały procesje pochodni
z jedyno zbawczą nowiną
miecze wznosiły się jak krzyże
odpusty pęczniały w sakiewkach
opornych pędziliśmy ulicami
wypełniając doły drgającym kacerstwem
i tylko czarny pies z Nawarry
w kobiecej alkowie przetrwał katechezę

ostateczne rozwiązanie kwestii reformatorskiej
pobłogosławił Rzym dzwonami
Namiestnik Chrystusa bił medale
jak my ich tysiącami
napisano bowiem kochaj bliźniego swego
nie napisano kochaj hugenota




Sezon 1984/85


zbiegałem z gardłem w sznurowadłach
Koszalińska 28 na pierwszym piętrze Sławek
dokleił kolejną gwiazdę w krochmalonej farbą
drukarską koszulce nad drzwiami odtąd
Karl-Heinz Rummenigge spoglądał z politowaniem
zza żelaznej futryny moje horyzonty nie wybiegały
za trzecią ligę ojciec wymagał żadnych trójek
na cenzurce w dni świąteczne dzielnicowy odpuszczał
graliśmy na Nou Camp za trzepakiem
Wielim podejmował Stoczniowca Gdańsk przy Janka
Krasickiego butwiały kolejowe szmaty
za żywopłotem w podbijaniu piłki rekord
należał do mnie 1223 obawy przed spadkiem



Zatoka dzieci


Mój brat ani razu nie spojrzał. Myślałem, że mnie
nie chce. Kiedy go wyciągali z mamy był cichy, jakby
zachłysnął się światem. Wujek Gierek sypał cukierki
już z mniejszym zapałem, ale oddałbym mu i te,
oddałbym nawet kupioną spod lady
futbolówkę, byleby tylko zechciał
za nią pobiec. Nie mógł. Podobno rączki
i nóżki miał tak sztywne, że ojciec nie dał rady
go ubrać. Przykrytego pieluszką zamknięto
w pudełku, niczym misie zsyłane do piwnicznych
sierocińców. Zramolały żuk chyłkiem penetrował
warkocze arterii. Biała trumienka chybotała, jakby
brat próbował się wydostać. Tak bardzo chciałem,
ale jego bardziej chciała ziemia. Zakopali
niczym psiaka, bez wielebnej fatygi. Mając osiem lat,
toczyłem spory religijne z zakonnicą. Twój brat
nie będzie zbawiony. Nigdy nie wyjdzie z limbus
puerorum. Nie miałem argumentów, mogłem
jedynie krzyczeć, za co biła mnie wskaźnikiem
i stawiała do kąta. Po nocach śniłem, jak brat
płacze na obrzeżach otchłani. Woła mnie, a Bóg
z nazistowskim wąsikiem rechoce na całe Królestwo
Niebieskie. Dorastał w moich marzeniach. Ja
podawałem piłkę, a on strzelał najpiękniejsze gole
dla Wielimia. Pierwszego listopada zabrałem
syna na cmentarz. Tu leży twój wujek. Na pewno
byłby dobrym wujkiem. Zagrałby z nami
w ataku, pod samymi oknami Kongregacji
ds. Wiary.