Przemysław Żuchowski

Urodził się w 1964r . Mieszka w Lesznie Wlkp. Studia ukończył w Kaliszu na kierunku pielęgniarstwo.
Pracuje w ratownictwie medycznym, a wędrówki po górach i tropienie zagadek historii uważa za swoje życiowe pasje. Lubi też fotografować.
    Z fascynacji Karkonoszami i Górami Izerskimi oraz
z sympatii do Sudeckiego Bractwa Walońskiego ze Szklarskiej Poręby, w czerwcu 2012 r. powstaje jego debiut literacki - „Droga do Domu”. Jest to powieść osadzona w XVII w, dotykająca autentycznych miejsc z okolic Szklarskiej Poręby. Magia i legendy przeplatają się z historią, gdzie głównym wątkiem są przygody potomka Walonów, ówczesnych poszukiwaczy złota i drogocennych kamieni. Sekrety, zagadki i barwne opisy przyrody, tworzą specyficzny klimat, a przeżycia głównego bohatera i zaprzyjaźnionej z nim watahy wilków, prowadzą czytelnika w świat nierozwiązanych do tej pory tajemnic, związanych z zaginionym przed wiekami skarbem.

     Książkę wydało wydawnictwo Ad Rem z Jeleniej Góry. Autorką okładki i ilustracji do książki jest Paulina Żuchowska. Artystka, malarka, a prywatnie córka autora książki. Z twórczością PaniPauliny warto się zapoznać na stronie:
 

http://www.paulinazuchowska.pl/

  
    Już w półtora roku po udanym debiucie pierwszej powieści, powstaje kolejna część „ Drogi do Domu” – Księga II. Wartka akcja, intryga oplatająca Walonów oraz główny wątek związany z rozbójnikami, dodają tej powieści pikanterii, a liczne życiowe prawdy, ukryte pod barwnymi metaforami, zarówno uczą jak i propagują wartości nieskalanej cywilizacją przyrody.

   Link do strony autorskiej:

https://www.facebook.com/pages/Droga-do-Domu-Przemysław-Żuchowski/300550570091707

 

   Spotkanie z autorem w Szklarskiej Porębie:

http://www.youtube.com/watch?v=z4CdHtnoxR0

 

   Recenzje i opinie o książkach Przemysława Żuchowskiego:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/145324/droga-do-domu

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/200881/droga-do-domu-ksiega-ii

http://biblioteka.jelenia-gora.pl/?kategoria=showsingle&id=1993

 

 

Fragmenty powieści Przemysława Żuchowskiego „ Droga do Domu”:

 

     „Nad góry napłynął pierwszy blask nowego dnia, który był niczym wylatujący z kokonu szarości piękny poranny motyl. Jego kolorowe skrzydła rozpostarły się nad okolicą przybierając na każdej gałęzi i na każdej skale, wyraziste, ciepłe barwy. Wątłą, omszałą powłokę z mgieł, przenikały od ziemi plamy żółci i rozległe pasma brązu, będącego tłem dla łysych, wyżej posadowionych leśnych polan. Tam, te puste place porośnięte jedynie słomkowymi trawami, których, głowy pod ciężarem kropel rosy naprężały wygięte ku ziemi łodygi, łączyły się w jakby nanizany na górskie grzbiety sznur błyszczących korali”

 

     „Gabor nie słuchał Vogla. Odwrócił się raptownie i podbiegł kilka kroków do Włocha, który akurat przymierzał się do kolejnego strzału.

          – Tam celuj, tam w ogień! Zabij to straszydło! – krzyknął Gabor do Włocha i trącił go ręką po plecach. Włoch, który po wypiciu całego bukłaka gorzałki i tak już ledwie trzymał się na nogach, zachwiał się po pchnięciu Gabora i przewracając się na trawę, wystrzelił z muszkietu w niebo.

           – Gabor! Niech cię diabli! – wrzeszczał Włoch. – Kolejny wilk uciekł!

           – No właśnie… diabli – powtórzył cicho Gabor i jęknął, strachliwie spoglądając w ogień.

     Patyk nie wytrzymał. Zgiął się w pas i ryknął śmiechem.

           – To ci polowanie… Kto tu, na kogo poluje, bo trudno się rozeznać? – kwiczał jak młody cielak. – Wilki przecie na łące, a nie między chmurami. A jeszcze tylko patrzeć, jak wściekły

Ludwig zaraz Gabora z kuszy upoluje. Ty się lepiej odsuń Gucek, bo im wszystkim z chciwości się we łbach poprzewracało – trącił Gucka ręką. – To ci polowanie… He… he… he. To lepsze niż komedianci z Jeleniej Góry na występie. I do tego tuż za moją chałupą. He… he… Szkoda, że moja baba nie przyszła.”

 

Fragmenty powieści Przemysława Żuchowskiego:  „ Droga do Domu” – Księga II

 

     „Na środku duktu dojrzał trzy postacie. Stały w bezruchu. Odziane w szare suknie, przypominające mnisze habity, kryły głowy pod fałdami zwisających kapturów. Skrzyżowane dłonie opierały na wysuniętych przed siebie grubych kijach.

     Konie znów szarpnęły wozem. Prychały przez nozdrza i ciągnęły na boki.

          – No…! No...! – krzyczał woźnica nie mogąc sobie poradzić.

          – Panie! A nie mówiłem, nie mówiłem? Licho jakieś na nas czatuje. – Trząsł się ze strachu, ale konie utrzymał.

     Kupiec przestał z niego szydzić.

          – To chyba ci Walończycy3, co kamieni i złota w górach szukają? – Usiadł niepewny tego, co zobaczył.

          – To nie Walończycy, panie – wystękał zapatrzony w mroczne postaci. – Kopacze mają kaptury ze skór, a nie takie poobdzierane, szare łachy. Liny przy bokach noszą i młotki, a ci mają ino dzwonek przyczepiony do pasa. Słyszysz panie jak dzwonią? Boże, miej nas w swojej opiece! – Zacisnął sine

od strachu usta.

          – Może to zakonnicy chodzą po wioskach i o dary proszą? – wyszeptał kupiec i zaraz dorzucił ostrzej: – Nie trzęś się tak, bo przez ciebie i ja lęku dostanę!

          – Idą do nas…, idą… Patrz, panie! Ręce wyciągają

i dzwonkami dzwonią!”

 


„ – Zmarszczył krzaczaste brwi i z żalem pokręcił głową. – To prawda, że te księgi większym

majątkiem są, niż złożone w skarbcu kamienie i złote auruny5.Tajemnice, sekrety i miejsca przedziwne opisane, gdzie magia żywą się staje, a człek z duchami w jedno zespolić się może. No i moc śpiącą w czystości serca, można dzięki nim obudzić. Jakże liche jest ciało, kiedy duszy nie słyszy i siły ogromnej w niej trzymanej nie czuje. A ona, chociaż cicha, to przecie większa jest niż rzeki spadające z wysokich skał. Czy jaki uczony, co nauki ino w miastach pobierał, wie że chude ziele albo karłowate

drzewo, które przy drodze stoi, swego ducha ma i pomoc nieść może? Ba…, nawet kamienie. Martwe się zdają i twarde, że kilofem ich nie rozłupiesz, a magię żywą kryją, która z niewidzialnym światem łączyć się pomaga. Przecie to każdym okiem widać, tylko inaczej patrzeć trzeba. Ilu już takich było, co uciekając przed niedźwiedziem czy wilkiem, na czubek jaworu włazili, a potem dziwowali się jak to możliwe, bo zleźć nijak nie umieli? – zaśmiał się pod nosem. – Kto myśli zbyt proste ma,

to patrząc na skałę ino szary kamień widzi, a potem i człowieka ino po jego szacie albo gładkości skóry ocenić zdoła. Biedny taki, bo jak ślepy po świecie chodzi. Nie wie, że czasem pod szarą skorupą cenny jaspis6 się kryje, a w błyszczącym pirycie ani krzty złota nie znajdzie. Oczy niewiele warte, kiedy wiary i ducha braknie. – Spojrzał w niebo. – Dziękuję wszystkiemu, co żywe i martwe, że strażnikiem walońskiego skarbca mnie uczyniono. Oby sił starczyło – jęknął.”