Tomasz Mielcarek

 

Tomasz Mielcarek (ur. 1974) poeta, tłumacz. Członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Działa w Londyńskiej grupie artystycznej KaMPe. Publikował w Arteriach, Frazie, Gazecie Łódzkiej, HelikOPTerze, Odrze, Poezji Dzisiaj, Salonie Literackim, 2miesięczniku, Toposie (Polska) oraz w Дзеяслоў (Białoruś), Знаци, Духовност без граписи, Литературен глас (Bułgaria), Enter (Słowacja), Melusine (Stany Zjednoczone) oraz w Białych Kronikach, Dzienniku Polskim, E-sztuce, Gazecie Polonijnej i The Polish Observer (Wielka Brytania.) Wielokrotnie antologizowany i nagradzany; jego wiersze były przekładane na język angielski, białoruski, bułgarski, niemiecki, rosyjski i słowacki. 

Laureat XIX edycji konkursu im. Jacka Bierezina na debiut poetycki (2013) 

Opublikowana w 2014r. Obecność/Presence (wyd. Dom Literatury
w Łodzi/Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi; przełożył na język angielski David Malcolm) otrzymała Nagrodę Poetycką Złoty Środek Poezji im. Artura Fryza za najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2014. 

W 2015 Obecność została wydana w Bułgarii (Присъствие, przełożył na język bułgarski Łyczezar Seliaszki, wyd. Simolini'94, Sofia 2015)

 

 

Jesień

 

Każdy poszedł w swoją stronę; my zostaliśmy.

Wiele razy pytałem, czy nie chciałabyś wyjechać,

zamienić środek lasu na środek drogi.

 

Wczoraj nareszcie naprawiłem furtkę;

nie trzeba będzie już przeganiać z podwórka

natrętnego psa sąsiadów.

 

Zanim nadejdzie zima, spędzimy kilka dni,

robiąc soki z jeżyn, a ja naprawię dach szopy

i narąbię drewna na opał.

 

Tymczasem, po drugiej stronie rzeki, kombajn wgryza się w pole,

a ty siedzisz okrakiem na taborecie

i obierasz kurę. Jej pióra to suche liście.

 

 

 

Wieczorny spacer

 

Szarość, nie można już odróżnić nieba od ziemi; dobra od zła.

Mijam zagrabioną przez kogoś stertę liści,

w którą dzieci rzucają kamieniami;

 

później wyschnięty dzwon na wieży starego kościoła

i betonowe nabrzeże, do którego, jak drewniana kłoda,

przymarzł martwy kawałek rzeki.

 

 

 

Opowiadanie

 

Widzę to wszystko wyraźnie, jakby to było wczoraj.

Nad ranem mróz palił resztki suchych liści.

Zima wzbierała w dolinach, przelewała się przez wzgórza;

cięła mozolnie jak zardzewiałe ostrza krawieckich noży.

 

Było nam zimno. Choroba nie chciała nas zostawić,

przymarzała do rąk. Słychać było jedynie cichy głos,

wypowiadający imiona tych, którzy odeszli,

i kaszel, przybijający do twardego łóżka.

 

Patrzył na mnie powoli, jakby chciał lepiej mnie poznać.

Straciłem wszystkie zęby – powiedział w końcu

– wyjmowałem je sobie jeden po drugim. Nie bolało.

Czas nie zapomni; zapamięta płomień w suchej bryle węgla.

 

 

 

Rudzik

 

To, co głęboko w nas, i to, co widać gołym okiem.

Odruchowo zmiotłem ręką z nagrobka

piasek i wyschnięte igiełki świerku.

 

Gdy żyła, siadała przed domem i opowiadała

o dzieciach, którym strach odebrał mowę,

i o kobietach ogolonych na zapałkę.

 

Mówiła o twarzach spalonych bólem;

o oczach bez śladu życia. Słuchali jej wszyscy.

Zaciskając usta, wycierali o spodnie

 

spocone dłonie. Później, niespodziewanie,

przyszły długa zima i nagła choroba.

Tak łatwo było zapomnieć.

 

Teraz przychodzę tutaj raz w tygodniu,

żeby pielęgnować gniazdo,

które w koronie nagrobnego krzyża uwił mały rudzik.

 

 

 

Pod niebem

 

Chłopiec boi się, że nie zostanie mu wybaczone;

„To nie było tak” – mówi, a jego szeroko otwarte oczy wypełniają się łzami.

Potem obraca się i biegnie przed siebie, wybuchając głośnym płaczem.

„W ten sposób daleko nie zajdziesz, dziecko!” –

słowa, które jeszcze długo będą goniły go jak wściekły pies.

 

Dzień ugina się od nieswoich win i ściąga gromy na tych,

którzy wyrośli pod jego niebem. Kilka metrów dalej

mała dziewczynka siedzi cicho na zimnych schodach kościoła

i próbuje wyciągnąć kolorowe kamyczki,

zwodniczo błyszczące pod wypolerowaną taflą marmuru.